Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BLACK 'N BLUE - Hell Yeah! [2011]
Wydawca: Frontiers Records / Marquee

  1. Monkey
  2. Target
  3. Hail Hail
  4. Fool's Bleed
  5. C'mon
  6. Jaime's Got The Beer
  7. Angry Drunk Son Of A Bitch
  8. So Long
  9. Trippin'
  10. Falling Down
  11. Candy
  12. Hell Yeah!
  13. World Goes Round
  14. I Smell A Rat [japoński bonus]
  15. A Tribute To Hawking [hidden track]
Hell Yeah!

Skład: Jaime St. James - śpiew; Jef "Woop" Warner - gitara; Patrick Young - gitara basowa; Pete Holmes - perkusja; Shawn Sonnenschein - gitary

Produkcja: Jef Warner

Hell Yeah! - co za radość w tytule! To tak na złośliwy, dobry początek. No cóż, jeśli wraca się do muzycznego niebytu po 23 latach nieobecności i wydaje przy tym płytę, do trudno nie mieć z tego powodu nutki optymizmu, którą warto się ze wszystkimi podzielić. Wszak ostatni wypiek panów z Black 'N Blue, jak wszyscy zapewne szybko policzyli, ukazał się w roku 1988.

Podejrzewam, że ten amerykański zespół nie jest zbyt szeroko znany wśród metalowej gawiedzi, więc postaram się Wam przybliżyć sylwetkę grupy. Wyobraźcie więc sobie, że pierwsze próby zaistnienia były takie same jak w przypadku chociażby Metalliki czy innych, uznawanych w tej chwili za kultowe, zespołów z USA. Ekipa powstała w roku 1981 i pierwotnie była znana pod nazwą Movie Star. Rok później panowie postanowili przenieść się do Miasta Aniołów i tu, w 1982 roku, zaczyna się właściwa historia zespołu. Szybko otrzymali swoją szansę i obok Malice, Ratt, czy wreszcie Metalliki, dostają miejsce na bardzo wówczas opiniotwórczej składance Metal Massacre. Tym, którzy na tychże kompilacjach się znaleźli, czekała albo kariera, albo tylko krótki błysk flesza i notatka we wkładce kasety z nazwą zespołu i tytułem utworu. Black 'N Blue się powiodło. Umieszczonym na kompilacji nagraniem Chains Around Heaven zwrócili na siebie uwagę szefa Geffen Records, Davida Geffena i w dwa lata po skromnej notce wydali swój pierwszy LP, zatytułowany po prostu Black 'N Blue. Album okazał się całkiem niezłym sukcesem, a singlowy Hold On To 18, który jest jednym z ich najbardziej znanych utworów, długo zajmował wysokie miejsca na listach przebojów. Spory udział w powodzeniu krążka miał jego producent, Dieter Dierks, który uważnym fanom znany jest z produkcji płyt Scorpions, Twisted Sister czy wreszcie Accept. Niesieni falą popularności, panowie szybko przygotowali drugiego długograja. W 1985 roku światło dzienne ujrzał Without Love. Niestety, mimo znakomitego producenta w studio, którym został świętej pamięci Bruce Fairbairn, zespół oddalił się od swojego zadziornego wizerunku. Przygotowano bardziej "radiowe" kompozycje, co nie przysporzyło zespołowi nowych fanów. Pomimo pewnego sukcesu singlowych Without Love i Miss Mystery album okazał się sporym rozczarowaniem. No cóż, tak zwany "syndrom drugiej płyty". Niezrażony niepowodzeniem szef Geffen Records produkcję trzeciej płyty, zatytułowanej Nasty Nasty, powierzył basiście pisanek z KISS, Gene'owi Simmonsowi. Zmiana producenta zwykle świadczy o tym, że albo zespół albo wytwórnia, lub nawet obie strony poszukują wyjścia z impasu i szukają nowych rozwiązań. Warto odnotować fakt, że utwór tytułowy bazuje na napisanych przez Gene'a utworach KISS (odpowiednio: Domino i Only You), tym samym obok miana producenta ma on swój zapis jako jeden z kompozytorów. Drugim producentem tego LP, o czym nie wszyscy pamiętają, jest Jonathan Cain, gitarzysta i klawiszowiec udzielający się w The Babys, Bad English, czy wreszcie w Journey. Wyprodukował on jeden utwór, I'll Be There For You. Hmmm, trochę dziwnie, no ale tak sobie to wszyscy wymyślili i tak zostało. Ważne, że wszystko poszło jak należy, a płyta sprzedawała się przyzwoicie. Czwarty kompakt, zatytułowany In Heat, ukazał się, jak już wspomniałem wyżej, w roku 1988. Wyprodukowany przez tego samego producenta utrzymywał przeciętny poziom sprzedaży, jednak to znów nie było "to" i zespół poszedł w rozsypkę. Do reaktywacji grupy dochodziło dwukrotnie. Pierwszy raz w 1997 roku, zapisem tego wydarzenia jest koncertowa płyta One Night Only: Live. Ukazała się ona w roku 1998 nakładem EON Records. Jak sam tytuł wskazuje, było to tylko przedsięwzięcie jednorazowe i zespół nie miał zamiaru kontynuować działalności. Jak mawia przysłowie "ciągnie wilka do lasu", więc druga reaktywacja musiała mieć miejsce. I miała - w roku 2003. I tu zaczyna się pokręcona historia recenzowanego dziś przeze mnie LP Hell Yeah!. Album ten powinien mieć premierę w roku reaktywacji. Nie miał. Nie doszło do niej także w latach późniejszych. Wieści gminne głosiły, że płyta ta miała się wreszcie ukazać w 2008 roku. Też z tego nic nie wyszło. Nic nie działo się aż do roku bieżącego, gdy to wreszcie wysiłkiem Frontiers Records, 13 maja w Europie i 17 maja w Stanach, ostatecznie doprowadzono do wydania piątego, studyjnego krążka Black 'N Blue. Przyznam się, że dla mnie nowy album tej ekipy jest sporą niespodzianką. Mając na uwadze liczne, niezrealizowane wypowiedzi na temat tego LP, przestałem mieć nadzieję na coś nowego od tych panów. Z przyjemnością zatem stwierdzam, że zespół wraca z tarczą na muzyczny rynek. I jeśli nawet nigdy więcej o nim nie usłyszymy, to warto było czekać i zapoznać się z nowym dziełem twórców In Heat. Już otwierający nowe wydawnictwo Monkey musi budzić szeroki uśmiech u każdego fana dobrego, energetycznego hard rocka. Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od nowego-starego zespołu. Bardzo dobry, energetyczny riff i przebojowy refren, który - wybaczcie, kojarzy mi się jakoś tak z Van Halen. Oczywiście nie jest to żaden zarzut. Taki początek płyty bardzo mi się podoba. Target? Sprzedać jak największy nakład nowego dzieła, a najlepiej wyczerpać jego nakład! I to może się udać, jeśli reszta będzie równie udana. Tu mamy coś na kształt nieco bardziej wygładzonego AC/DC, z obowiązkowo chóralnie i luzacko śpiewanym refrenem. Jakże pasuje tu ta wymyślna solówka. To takie przypomnienie, że w przypadku Black 'N Blue zawsze dużą rolę odgrywało poczucie humoru. Hail Hail to taki sztandarowy, kroczący, hard rockowy przebój. Pean pochwalny na cześć rock 'n' rolla, oczywiście potraktowany z ogromną dawką humoru. Co najfajniejsze, w pewnej chwili szkoda, że na tak krótko wchodzi riff rodem z... Judas Priest. Po takim początku musiało się znaleźć miejsce na chwilę oddechu. I po to jest ballada Fools Bleed, z przejmującym "Got faith, but got no belief..." Z pewnością zasili grono sztandarowych przebojów. C'mon to powrót do weselszych rejonów i humoru. Prosty, luzacki, rockowy utwór, którego zadaniem jest wciągać do zabawy. Oparty na prostym schemacie AC/DC, bez zbędnego kombinowania ciągnie, gna do przodu niczym TJV. Króciutki Jaime's Got The Beer jest raczej tylko powodem do uśmiechu i wstępem do mocnego, rockowego Angry Drunk Son Of A Bitch. Hmmm, Kuba wypił za dużo piwa, no i się porobiło. Ciekawe, co by powiedział na takie dictum Bon Scott? Hard rock potraktowany z dawką amerykańskiej nowoczesności, zdradzający ciągoty do grania nieco odmiennego. Tu udało się połączyć stare z nowym, oczywiście nie obyło się bez puszczenia oczka do słuchacza. Ósmy w kolejce So Long to już raczej taki klasyczny rock i tak do końca to nie wiem, czy pasuje do tego, co zespół do tej chwili zaproponował. Mi raczej kojarzy się tak jakoś namolnie z pewną płytą Soul Asylum... Potraktuję to jako słabszy kawałek, tak będzie chyba najsprawiedliwiej. Trippin' to tylko akustyczny przerywnik. Wstęp do Falling Down, notabene jednego z moich ulubionych utworów na tym LP. Bardzo podoba mi się ta przyjemna, akustyczna maniera. Ktoś może powiedzieć, że nadaje się do puszczania w radio. No i co z tego? Jeśli ktoś lubi południowego rocka ze Stanów, podanego w lekkostrawnej formie, to dlaczego nie? Uśmiechnąłem się słuchając Candy, który jest utworem napisanym nieco na modłę Stevena Tylera i spółki z Aerosmith. Do tego świetna solówka. Fajny, szczerzący zęby kawałek. Hell Yeah! Tak, z pewnością. Numer wysmażony na modłę starego AC/DC, choćby tego z Let There Be Rock, a odstaje tylko refrenem. Jednak ten riff jest przemocarny i cholernie nośny. Przypomina ten z Go Down. Zatem jeśli ktoś lubi ten kawałek elektryków, to jest już w domu. Takie utwory były na debiutanckim albumie Black 'N Blue z 1984 roku... Podstawową część wydawnictwa kończy World Goes Round, przyjemnie bujający, rockowy numer. To jeszcze nie koniec. Japońska wersja płyty zawiera dwa dodatkowe numery. Pierwszy z nich to I Smell A Rat. No cóż, oddechu szczura zapewne nie jest przyjemnie poczuć, ale jak przystało na jajcarzy, z czegoś ponabijać się trzeba. No i rzucone w twarz: "I smell a rat and it smells like you!" Ekhem.... Czy wszyscy umyli już ząbki? Drugi bonus to w pełni akustyczny A Tribute To Hawking. Świetny i klimatyczny numer ze "zrobotyzowanym" wokalem Jaime St. Jamesa. Szkoda, że tak krótki - to mógłby być prawdziwy mega-przebój.

Udany powrót do muzycznego świata po przeszło dwóch dekadach nieobecności. Fani radosnego, łobuzerskiego, niezobowiązującego grzania z uśmiechem od ucha do ucha powinni być zadowoleni. Mi się podoba i nie przeszkadza mi ten jeden, słabszy utworek. 9/10 należy się bez łaski. Polecam.

Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/blacknblueofficial

Vincent
czerwiec 2011