|
Skład: Zakk Wylde - śpiew, gitary, gitara basowa; Phil Onditch - perkusja
Produkcja: Zakk Wylde
Być może niektórych, obeznanych z debiutanckim albumem Zakka, jak i z twórczością Pride & Glory, pierwszy album Black Label Society mógł okazać się szokiem. I nic dziwnego. Wylde jeszcze nigdy wcześniej nie brzmiał tak ciężko i agresywnie. Od razu dają się wyczuć olbrzymie pokłady energii (i alkoholu!) włożone w tworzenie tego albumu. Mamy tu piętnaście wysmakowanych kawałków z których większość naznaczona jest swoistą, doskonale rozpoznawalną Wylde'owską indywidualnością. Do tego Zakk udowadnia, że jego ciepły, lekko zachrypnięty wokal doskonale sprawdza się nie tylko w klimatach bluesrockowych...
Już od samego początku albumu Zakk daje nam do zrozumienia, że nie będzie się patyczkował z co wrażliwszymi słuchaczami. Uderza od razu z grubej rury (czy też właściwie z "grubego riffu"). Tak więc kawałek rozpoczynający album - Bored To Tears, już właściwie charakteryzuje styl Sonic Brew - to znaczy niekoniecznie szybkie, ale za to niezwykle ciężkie i soczyste brzmienie gitar. Na uwagę z pewnością zasługuje niezwykle klimatyczna piosenka o nieco hipnotycznym brzmieniu - Mother Mary (notabene mój faworyt). Peddlers Of Death oraz Beneath The Tree zaczynają się jak typowe wyldowskie ballady, które, gdyby nie niespodziewanie brutalna "inwazja" gitar, możnaby spokojnie umieścić na Book Of Shadows (nawiasem mówiąc numer ten rzeczywiście pojawił się w jednej z kolejnych reedycji owego wydawnictwa). Świetnie prezentują się zrobione z dużym rozmachem Low Down i World Of Trouble. Oba kawałki mają ciekawe, wpadające w ucho motywy przewodnie. Wylde nie jest jednostajny - stosownie do tematyki swoich tekstów tworzy wybuchową mieszanką pełną ponurej melancholii i dzikiej agresji, co doskonale ilustrują kawałki takie jak Hey You (Batch Of Lies), Born To Lose, Black Pearl czy Rose Petalled Garden. Natomiast Spoke In The Wheel jest tym razem już całkiem klasyczną balladą w stylu Torn & Tatterd czy Dead As Yesterday. The Beginning...At Last jest najszybszym, najbardziej dynamicznym kawałkiem na płycie, umieszczony pod koniec albumu, stanowi odpowiednia dla niego konkluzję. Bonusowe Lost My Better Half, pierwotnie mające zachęcić do kupna amerykańskiej edycji płyty, akurat nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że jest to najsłabsza kompozycja na płycie. Cały album jest najeżony popisowymi solówkami gitarowymi, co apogeum osiąga w T.A.Z, który właściwie nie posiada melodii jako takiej, ale jest po prostu niemal dwuminutowym pokazem umiejętności Zakka. No i oczywiście na koniec mamy ciekawostkę, czyli bonusowy cover Ozzy'ego Osbourne'a - No More Tears. Wersja Black Label jest odpowiednio "podkręcona" na standardy wyldowskie. Dzięki czemu całkiem nieźle się wkomponowuje w resztę albumu.
Wylde serwuje nam prawie 70 min. świetnej muzyki, aczkolwiek jeśli ktoś nie gustuje w gatunkach heavy/thrash, może się poczuć nieco "niewyraźnie", osaczony przez zdecydowane dźwięki, tudzież przez burzliwą, opartą na kontrastach brzmieniowych koncepcję albumu. Jak twierdzi sam Wylde, "Black Label nie wciska kitu" (że tak eufemistycznie zacytuję)... i ma rację.
Oficjalne strony Zakka Wylde'a: www.zakk-wylde.net
www.zakkwylde.com
Burn listopad 2003
|