Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BLACK COUNTRY COMMUNION - Black Country [2010]
Wydawca: Mascot Records / J & R Adventures

  1. Black Country
  2. One Last Soul
  3. The Great Divide
  4. Down Again
  5. Beggarman
  6. Song Of Yesterday
  7. No Time
  8. Medusa
  9. The Revolution In Me
  10. Stand (At The Burning Tree)
  11. Sista Jane
  12. Too Late For The Sun
Black Country Communion

Skład: Glenn Hughes - śpiew, chórki, gitara basowa; Joe Bonamassa - gitary, chórki; śpiew w [6, 9]; duet wokalny w [11, 12]; Jason Bonham - perkusja i instrumenty perkusyjne; Derek Sherinian - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Jeff Bova - orkiestracja; Patrick D'Arcy - dudy uilleańskie, metalowy gwizdek

Produkcja: Kevin Shirley

Skład: Jason Bonham (jestem na nie), Glenn Hughes (jestem na tak), Joe Bonamassa (również na tak) i Derek Sherinian (znowu nie). Dziwicie się? Zatem już tłumaczę, o co mi chodzi. Wygląda na to, że dwójka dinozaurów postanowiła dorobić się i niejako podreperować swoją podupadłą nieco reputację kosztem dwójki młodych, obiecujących muzyków, którzy o ironio, dali się do tego projektu wciągnąć, przyciągnięci magią nazwis Bonhama i Hughesa.

Po prostu tragedia. Bonamassa nie umie grać rocka, nigdy tego nie robił i się po prostu do tego nie nadaje. On jest stricte bluesowym wioślarzem i stanowczo nie powinien pakować się w takie projekty. Mam tylko nadzieję, że Hughes nie zrobił z niego wycieraczki do swoich butów i na nadchodzącym krążku znajdzie się przynajmniej kilka bluesujących utworów, bo Glen takie kawałki grać lubi i potrafi. Próbka numer dwa dobitnie świadczy o tym, że i Sherinian został potraktowany jak podrzędny grajek. To co gra w purpleowskim Mistreated, to tylko robienie podkładu. A on nie jest od tego. To świetny klawiszowiec, ba - prawie wizjoner, nie bez powodu grał w ekipie magików z Dream Theater, nie bez powodu nagrywa świetne, solowe płyty i nie bez powodu występuje gościnnie u różnych artystów. A tu? No, on nigdy drugim Jonem Lordem nie będzie i tyle. Glenn Hughes, wspaniały wokalista, jeszcze pięć lat temu zamordował swoimi popisami na wspólnym krążku z Iommim. A dziś? Stara się, męczy, wyciska wysokie rejestry. Ale to już nie to. Jego czas minął i pora to zrozumieć. Oczywiscie w studio wszystko będzie niemożliwie ładnie podciągnięte i wycyzelowane. Ale tu, na tych amatorskich nagraniach wychodzi cała bieda. I aż piszczy. A przecież on powinien pluć do sitka, tak jak pięć lat temu. Jason Bonham. Co to ma być? Za takie pukanie to ja dziękuję. Rock to ma być rock. Ma być pierdolnięcie, a blachy mają szumieć. I jeszcze Bonamassa na koniec. To co zrobił w Mistreated, dobitnie świadczy, o czym pisałem. On nie umie powtórzyć rockowych wioślarzy. Riff wyszedł zgrabnie, ale solo? To nie blues, a on tak właśnie tu zagrał. Oczywiście cower dość zgrabny, ale ci muzycy zwyczajnie do siebie nie pasują. Jestem pełen obaw co do tego krążka, z góry nastawiam się pesymistycznie i jestem na nie. Takie myśli nachodziły moją głowę przed premierą płyty Black Country Communion. Owe myśli podsycane były kiepskiej jakości zapowiedziami. Tak więc spodziewałem się spektakularnej porażki, bo przecież to skład nie byle jaki, a na pierwszych próbkach brzmiało to jak podrzędny zespół z Gminnego Domu Kultury. Tymczasem nadszedł dzień, w którym można było posłuchać całości. I o ile stricte zeppelinowski Black Country jeszcze mnie do końca nie przekonywał, to jednak czułem już, że zbyt szybko i zbyt pochopnie skreśliłem ten skład nie dając im i ich muzyce szans na zaprezentowanie się i ewentualną obronę. Nadchodzący po nim One Last Soul tylko potwierdził, że zbyt szybko postawiłem przysłowiowy krzyżyk na tym materiale. Wspaniały, stricte w stylu Hughesa utwór, z wprost zajebistym refrenem. No hit, jakich mało. Gdyby tylko troszkę głośniej dano ten chórek w tle refrenu. Ale to tylko takie moje czepianie się. I tak jeszcze dodam, że może tylko jeszcze ostrzej by się tu przydało - trochę pazura i energii jednak brak. Przydałby się tu jakiś porządny heavy metalowy wioślarz. The Great Divide też całkiem fajnym utworem jest, a Glenn wydziera się jak za dawnych lat. Przyznam, że nie spodziewałem się tego. Ekipa All Star zadbała także o to, by fani starego rocka/hard rocka z lat 70tych dostali coś dla siebie. To właśnie dla nich jest Down Again. Troszkę w stylu Deep Purple i nieco przymulający, ale na pewno może się podobać. Gdy już ścierpimy gitarowe cudowanie na początku Beggarman, to dalej czeka nas całkiem fajne granie, nieco psychodeliczne, może soulowe, a na pewno w klimatach starego rocka. Wyłapałem też tutaj coś z Black Sabbath. Doskonale znany riff, który tak często gdzieś tam przemykał w utworach BS, no i ta solówka grana na modłę Tomka. A że brzmi to nieco inaczej? Ba, bo musi. Oczywiście Hughes obowiązkowo na wokalu. No i teraz proszę Państwa absolutne zniszczenie w postaci Song Of Yesterday. Przegenialny kawałek. Dla mnie magia. Zwróciłem uwagę na zeppelinowo/sabbathowy riff, przepiękne tło (te filmowe klawisze!) i kapitalną współprace Hughesa i Bonamassy. Ten pierwszy o dziwo nie wyszedł tu przed szereg. Mistrz! I jeszcze jedno. Solówka. Słusznie zauważył B.B.King mówiąc o Bonamassie, że to przyszłość bluesa. To prawda, on potrafi powtórzyć każdego bluesmana. Tu bezbłędnie naśladuje samego Gary Moore'a. No dobra, może i przesadziłem. Ale nie da się ukryć, że to magiczny kawałek i gdyby przyszło do głosowania na utwór roku, to właśnie na ten numer oddałbym swój głos. I jeszcze jedno: znów Glenn. Tak śpiewającego Hughesa w życiu nie słyszałem. Dodajmy teraz trzeciego bohatera. Derek Sherinian. Dotąd znany z muzyki skomplikowanej, trudnej, wymagającej. A tu? Gra prosto, bez fajerwerków i popisów. A mimo to zniszczył. Plumka jak się plumkało dostojnie 40 lat temu. Mistrz i zrobił to jak już wspominałem bardzo, ale to bardzo oszczędnie. To w gruncie rzeczy album klubowy, przeznaczony dla koneserów takiego grania. Wymieniłbym jednak perkusistę. Mam wrażenie, że Bonham nie pasuje tu tak do końca. Zamiast Bonhama widziałbym tu Cozy Powella... Jego już nie ma, więc stawiałbym na któregoś z dwójki jego spadkobierców: Carmine'a Appice lub Bobby'ego Rondinelli. Appice to technik z niesamowitym wyczuciem każdej konwencji. Rondinelli patałachem nie jest i to on zastąpił Powella w Black Sabbath. Umiałby się wczuć. Ten drugi wcale nie gorszy. Gdyby zagrał tu jeden albo drugi, o, to dopiero byłby dream-team. No ale wracając do płyty. No Time wchodzi bardzo dobrze, mimo lekkiego pokręcenia i tu zasługa Hughesa, który po raz kolejny wspina się na swoje wyżyny. Medusa to kolejne bluesowo-soulowe nagranie. Toczy się powoli i dostojnie niczym jakaś wypasiona limuzyna i znowu ten niesamowity Hughes... Oczywiście, rzecz jasna jest to ten sam kawałek, który dawno temu Glenn nagrał z zespołem Trapeze. Zupełnie nie przekonuje mnie następny w kolejce The Revolution In Me. Jakieś to takie bez wyrazu jest. Trochę w stylu Uriah Heep, jak mi się zdaje. Stand (At The Burning Tree) to już przerost formy nad treścią. Finał to zbliża się, to znów oddala, kilka fragmentów rokowało nadzieje na ciekawszy rozwój dalej, jednak spodziewana kulminacja nie nadchodzi. Szkoda. Dla odmiany bardzo podoba mi się Sista Jane. Co tu mamy? W refrenie kłania się stare AC/DC, te za czasów Bona za mikrofonem. Układ refrenu ten sam. Bardzo dobry kawałek. Płytę kończy Too Late For The Sun, bardzo fajny, lekko jakby transowy, czy też może hipnotyzujący utwór, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć... Bujający i uspokajający z leciutkim bluesowym klimatem. No, ale blues na tym krążku jest ich. Podoba mi się także sposób, w jaki zrobiono tę ścieżkę. Fajnie, klasycznie i tradycyjnie.

Czas na podsumowanie. Po kilkunastu odsłuchach mam wrażenie, że czegoś tu jednak zabrakło, że ta ekipa coś straciła, coś przeoczyła. Dlaczego nie nagrano właśnie takiego lekkiego, bujającego krążka w całości? Te kilka bardzo dobrych kawałków robi smaka na dużo więcej, a niestety to przechodzi nam koło nosa. Mam wrażenie, że to wina Hughesa, który lubi pozgrywać sobie od czasu do czasu hard rockowego twardziela. Tu należało raczej odpuścić i skupić się na klimacie. Tu jest go pod dostatkiem, ale jednak wciąż za mało, za mało... Tak czy inaczej, polecam. Płyta obowiązkowa dla dla fanów Hughesa i starych blues rockowych i podszytych soulem i starodawnymi klawiszami nagrań. Nie powinniście się rozczarować.

Oficjalna strona zespołu: www.bccommunion.com

Vincent
wrzesień 2010