Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BLACK COUNTRY COMMUNION - 2 [2011]
Wydawca: Mascot Records / J & R Adventures

  1. The Outsider
  2. Man In The Middle
  3. The Battle For Hadrian's Wall
  4. Save Me
  5. Smokestack Woman
  6. Faithless
  7. An Ordinary Son
  8. I Can See Your Spirit
  9. Little Secret
  10. Crossfire
  11. Cold
2

Skład: Glenn Hughes - śpiew, chórki, gitara basowa; Joe Bonamassa - gitary, chórki; śpiew, chórki; Jason Bonham - perkusja i instrumenty perkusyjne; Derek Sherinian - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Kevin Shirley

Nie opadły jeszcze na dobre echa i komentarze na temat debiutanckiego krążka Black Country Communion, a tu już, po zaledwie dziewięciu miesiącach ciszy ta supergrupa zdążyła przygotować i nagrać swój kolejny długograj. Nowe wydawnictwo bardzo lapidarnie i co tu dużo gadać - pod wszystko i nic mówiącym tytułem 2 w sprzedaży pre-order będzie dostępne już od 1 czerwca, a normalną drogą zakupić go będzie można dwa tygodnie później, to jest 14 czerwca. Wydawca to raz jeszcze J&R Adventures. Nowe dzieło promuje singiel The Outsider.

Zaiste, panowie narzucili sobie szybkie tempo pracy. Podczas gdy niezmordowany Glenn Hughes w pocie czoła pisał materiał na nowy LP, Joe Bonamassa zdążył nagrać swój kolejny, solowy krążek, zatytułowany Dust Bowl. Pozostali muzycy w osobach Jasona Bonhama (perkusja) i Dereka Sheriniana (klawisze) w tym czasie odpoczywali i czekali na zakończenie pisania materiału. Wieść gminna głosi, że BCC koniecznie chcieli mieć kolejną płytę przed wyruszeniem w trasę koncertową. W czerwcu i lipcu grupa zagra kilkanaście gigów na naszym kontynencie, ale niestety w Polsce jak zwykle musimy obejść się smakiem. Co bardziej wytrwałym pozostaje koło ratunkowe w postaci możliwości wyjazdu do Niemiec lub Czech, ponieważ tam będą na pewno występować. Mając w pamięci ciepło przyjęty debiut, zastanawiałem się, jaka to będzie płyta. Czy powtórzy sukces jedynki, czy też niestety także ich dopadnie "syndrom drugiej płyty" i nowe dzieło okaże się niewypałem? A może to będzie krążek jeszcze lepszy niż bardzo dobry debiut? Czy będzie to kolejna, klubowa propozycja dla koneserów klubowego grania? Dużo pytań, dużo obaw. Ponieważ tylko odsłuch nowego LP może przynieść odpowiedzi, odpalam pierwszy utwór na srebrnym krążku, zatytułowany The Outsider. I już, od pierwszych taktów jestem spokojny. To będzie bardzo udane wydawnictwo. Pierwszy wałek to hard rockowa jazda na całego. Przypomina nieco skrzyżowanie grania stricte zeppelinowskiego z dokonaniami wrzeszczącego Glenna popełnionymi do spółki z Tomkiem Iommim na wspólnych solowych płytach. Trzeba przyznać, że i Bonamassa się wyrobił w takim rodzaju grania. Tu już jest pewniejszy, nie gra tak nieśmiało jak na debiutanckim CD. Sherinian znów dostojnie plumka w stylu Lorda, ale jest tu także coś jeszcze: klawiszowo-gitarowe pojedynki. Tego wcześniej nie było. Perkusja Bonhama także brzmi lepiej. Takie numery jak Man In The Middle potrafi pisać tylko Hughes. Przy okazji mocno udowadnia, jak wielki wpływ miał na sukces takiego Fused na przykład. Po raz pierwszy słychać tu w chórkach nieśmiało śpiewającego Joe, który po raz kolejny zaskakuje mnie swoimi gitarowymi patentami. Podoba mi się, jak świetnie współpracuje z nim Glenn. Podczas gdy ten demoluje basem, Bonamassa prezentuje świetną solówkę. Coś czuję, że ta płyta przebije debiut. Przy okazji tego utworu mam nieśmiałe skojarzenia ze znakomitym Don't Drag The River. Dalej mamy jakże typowy dla młodego wioślarza numer The Battle For Hadrian's Wall. Fajne, bluesowe bujanie ze znakomitymi klawiszami Dereka w tle. "Ładna", akustyczna zwrotka i mocny, elektryczny refren. Z wyczuciem i ogromnym feelingiem grający Jason. Glenn w tle nie wybijający się przed szereg. Cholera, co się stało z tymi facetami? To jest naprawdę świetny LP. Jestem zaskoczony bo takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem, szczególnie że to Hughes pisał cały materiał samodzielnie. Reszta składu zapewne podpowiadała mu to i owo, ale temu wokaliście i basiście zdarzały się już wpadki. A tego się bałem najbardziej. Tymczasem nic takiego nie ma tu miejsca. Duże brawa. Tajemniczy wstęp wita nas w Save Me. I znów - cały Glenn i owo niesamowite "coś", co potrafi stworzyć tylko i wyłącznie on. Znów bez wysiłku i zbędnej napinki udowadnia, jaką siłą i wsparciem był dla Iommiego. To znów mógłby być numer, w którym mógłby się Tomek pojawić. Zresztą tak czy owak, duch gitarzysty Black Sabbath tu i ówdzie zupełnie naturalnie się pojawia, unosząc się nad tą płytą. Zajebisty, nieco tajemniczy i taki "duszny" w niektórych fragmentach kawałek. Posłuchajcie solówki Bonamassy, po prostu czapki z głów. Ten facet potrafi chyba zagrać wszystko. I te przedłużane zakończenie z klawiszami Sheriniana w tle. No, znakomita rzecz. Dalej mamy wielkiego hiciora w postaci Smokestack Woman. Prosty, radosny, hard rockowy numer z wrzeszczącym Hughesem na wokalu. No, ale ten refren jest po prostu powalający. Zaśpiewany z udziałem gitarzysty od razu wpada w ucho i ręka do góry kto nie zaśpiewa go razem z nimi. Z całą pewnością ten wałek jest moim ulubionym na całej płycie. Okraszony wspaniałą solówką, której nie powstydziliby się najwięksi i najbardziej uznani, rockowi gitarzyści. Świetne zwolnienie pod koniec, chwila oddechu i znów atak chóralnym refrenem. Uwielbiam takie zabiegi, po prostu kocham. Przebój, Panie i Panowie. Nie spodziewałem się natomiast takiego utworu jak Faithless. Jeśli chodzi o gitary, to jest to stare... AC/DC za czasów Bona Scotta. Znajdujący się mniej więcej gdzieś w okolicach Powerage znakomity, blues-rockowy utwór z melodyjnym i łatwo dającym się zapamiętać refrenem. W tle znakomite i bardzo smakowite, lordowskie klawisze, co nieco smyczków i niepokojąca solówka Bonamassy. Znów trzeba przyznać, że i Glenn jest tu w znakomitej formie wokalnej. Ten facet jest chyba nie do zajechania. Bardzo ładnie rozpoczyna się zaśpiewany przez Joego An Ordinary Son. Po raz kolejny brawa dla kompozytora. Hughes odrobił pracę domową i wie już, jakie numery należy dla niego pisać. Tu pozostawił go na czele stawki, a sam z resztą kolegów wycofał się do tyłu, by wspierać go z całą mocą w znakomicie zrobionym refrenie. Jest też zaskoczenie w postaci małego udziału wokalnego Glenna. Kapitalny zabieg Zabrzmiało to jak nie przymierzając rozmowa ojca z synem. Dodajmy do tego niezwykle emocjonalną solówkę Bonamassy. Zwróćcie uwagę, jak Hughes wycofał się do tyłu w końcówce utworu, realizując tylko kapitalne dośpiewy. Ósmy w kolejności I Can See Your Spirit to znów powrót basisty za mikrofon i znów te charakterystyczne zeppelinowskie klimaty z domieszką ducha wspólnych płyt z Iommim. Zespół budzi niejako słuchacza po nieco wolniejszej i zamyślonej części krążka bardzo dobrym, energetycznym utworem. Znów Joe gra wspaniałą solówkę, a Glenn wydziera się właśnie tak, jak lubimy. Do głosu dochodzi też Derek, prezentując wspaniały popis gry na klawiszach. Kolejnym zaskoczeniem jest Little Secret. Wspaniały blues w stylu nieodżałowanego Gary'ego Moore'a. I co najlepsze - "dramatycznie" śpiewający Glenn za mikrofonem. Zdziwiłem się bardzo, że to nie Joe tu śpiewa. Za to udowodnił, że może zagrać pełną emocji solówkę, tak jak sam wielki Mistrz Moore. Znów możemy posłuchać tej pięknej, ciepłej, łkajacej, gibsonowskiej barwy dźwięku. Jestem pewien, że Gary, gdziekolwiek teraz jest, uśmiecha się słysząc to, co zagrał Bonamassa. Powrót do bujającego hard rocka mamy w Crossfire. Posłuchajcie, jak brzmi tu bas Glenna. Zawsze podobała mi się taka gra bassmanów. Znów on na wokalu i znów taki kawałek, jakie pisze tylko on. Świetnie wspiera go w tle Bonamassa, który znów zniszczył świetną solówką, a Sherinian demoluje brzmieniem swoich klawiszy. A w końcówce nagrania świetny klimat, żywcem wyjęty ze starych płyt Genesis z Collinsem na wokalu. No, bardzo mi się to spodobało. Na koniec Wielki Finał w postaci Cold. Kapitalny blues, ze świetnym tłem wyczarowanym przez Dereka. Skupiony na gitarze Bonamassa, grajacy niczym jak na swoich solowych płytach i znów Glenn Hughes za mikrofonem. Żałuję, że takiego kawałka nigdy nie nagrał z Iommim. Tu znów jest ta charakterystyczna atmosfera i co tu dużo gadać - magia ze wspólnych płyt obu panów. Świetne, zamyślone solo gitarowe i miażdżący bas w tle. A gdy basista kończy śpiewać, następuje zmiana tempa, ożywienie utworu po czym znów wchodzi Glenn, znów czaruje.

Proszę Państwa. Magiczna płyta zespołu, który po nieco niepewnym początku wspólnego grania na pierwszej płycie dojrzał, dotarł się. Wszystko zostało poukładane, uporządkowane i dopracowane, muzycy znają swoje miejsce, choć tu wokalnie Glenn zdominował ten album. Dał co prawda pośpiewać także Bonamassie, ale temu gitarzyście, poznawszy się na jego talencie, wyznaczył przede wszystkim gitarowe czarowanie. Ten z kolei znakomicie wywiązał się z powierzonego zadania. "Ojcowska" opieka Hughesa dodała mu odwagi, okrzepł, poczuł się pewnie i gitarowo po prostu zniszczył, zapędzając wielu uznanych wioślarzy do kąta. Wyciągnięto także z kąta klawisze. I choć nadal mamy tu dostojne plumkanie, to w wielu miejscach pozwolono Sherinianowi zaszaleć. Przełożyło się to na znakomity i w wielu miejscach demolujący efekt. Gary Bonhama także brzmią o niebo lepiej. Podsumowując: znakomity, w wielu miejscach wypakowany emocjami materiał, znakomici muzycy w znakomitej formie, znakomita płyta. To nadal jest stricte klubowe granie dla koneserów, ale w porównaniu do pierwszej płyty, z wymienionych wyżej powodów, wypada dużo lepiej i przede wszystkim ciekawiej. Moje wątpliwości, o których pisałem na początku recenzji, zostały zażegnane. "Starzy" poznali się na młodzieży, znaleźli wspólny język porozumienia, nawiązała się muzyczna chemia. Efektem musiała być "killerska" płyta. No i jest. I choć ten LP trafił do mnie dopiero po którymś tam przesłuchaniu, z czystym sumieniem stawiam "Dwójce" ocenę maksymalną. Oczywiście polecam Waszej uwadze.

Oficjalna strona zespołu: www.bccommunion.com

Vincent
maj 2011