|
Skład: Peter Föller - gitara basowa, śpiew, cymbały w [3]; Bruno Frenzel - gitary, chórki; Zeus B. Held - instrumenty klawiszowe, chórki, saksofon tenorowy w [2-4], trumpet w [4]; Bernd Noske - perkusja i instrumenty perkusyjne, f/x, śpiew
Gościnnie: Friedmann Leinert - flet w [6]; Christoph Noppeney - altówka w [3-6]; Jochen von Grumbkow - wilonczela w [3-6]; Ulla, Hanne & Brigitte - chórki w [6]; Robby - saksofon; Otto - trombone; Harry - trumpet, rogi w [6]
Produkcja: Birth Control
W dwa lata po ukazaniu się albumu Rebirth (który nie wszystkim fanom przypadł do gustu) Birth Control postanowili pójść po rozum do głowy i zaproponować coś ambitniejszego. Na Plastic People zespół zrezygnował z hard rocka, co nie oznacza, że zrezygnował z rocka w ogóle. W końcu można stwierdzić z pełną odpowiedzialnością, że na Plastic People grupa gra czysty rock progresywny.
Utwór tytułowy, czyli 9 minut z okładem niesamowitych dźwięków, utwierdza nas w przekonaniu, że mamy tutaj do czynienia z rzeczą na miarę gigantów brytyjskiego progresu. I to na szczęście tego, gdzie słowo 'rock' nie gra jedynie prowizorycznej przystawki do łagodnych długich partii instrumentalnych. Owszem, sporo tutaj partii bez wokalu, niemniej jednak grupa dba, by maksymalnie urozmaicić kompozycję. Kiedy wchodzi wokal, można być zaskoczonym, gdyż nie jest on mocny jak na poprzednich wydawnictwach i wydaje się z lekka psychodeliczny. Tak na szczęście nie jest na całej płycie. Wokale na Plastic People to dzieło Bernda Noske oraz Petera Föllera (który pojawił się już na Rebirth). Klawiszowcy mimo że zmieniali się często,
zawsze jakoś najbardziej mnie porywali w Birth Control. Tutaj na klawiszach gra Zeus B. Held i robi to rewelacyjnie. Jak dla mnie jest najjaśniejszym punktem zespołu. Kompozycja tytułowa to smutny kawałek opowiadający o ludzkiej głupocie, konformizmie i kompletnym oddaniu sie konsumpcji bez cienia refleksji, co w połączeniu z muzyką daje ponury obraz współczesnego społeczeństwa. Mimo 35 lat od ukazania się Plastic People nic się nie zmieniło i ten tekst niestety dalej jest aktualny. Muzycznie to po prostu arcydzieło dorównujące najwspanialszym kompozycjom brytyskich gigantów rocka progresywnego. W refrenie (jeśli można to tak nazwać, bo to w zasadzie jeden z powracających motywów tego skomplikowanego utworu) pojawia się partia wokalna przywodząca na myśl dokonania Scorpions z owego czasu. Ale całemu numerowi bliżej do Van Der Graaf Generator, Genesis czy Gentle Giant. Rockin' Rollin' Roller jak sama nazwa wskazuje, musi mieć coś z rock and rolla. Owszem ma, ale nie jest to coś prymitywnego i jedynie mającego grać rolę wypełniacza, jakie serwowała Light Electric Orchestra. To bardzo ważny utwór na albumie. Ciężkie brzmienie klawiszy potęguje grająca równo z nimi gitara. Wokal robi się ostrzejszy niż w poprzedniej kompozycji. Nie brak klawiszowych wstawek rodem z Genesis (mnie się od razu kojarzy z Marillion, ale to Marillion wzięli takie zagrywki właśnie od Genesis), które urozmaicają ten utwór. My Mind mimo że trwa niespełna siedem minut, jest dość złożonym nagraniem. Pierwsze 3 minuty to bardzo posępne wokalizy i takaż muzyka. Na myśl przychodzi zwłaszcza Jethro Tull z okresu A Passion Play, ale z całą pewnością można też przywołać Gentle Giant. Kiedy zespół wchodzi ostrzej, robi się z tego już coś na kształt Van Der Graaf Generator, w końcówce jednak popisy klawiszczowca to istne Emerson Lake And Palmer. Celowo wymieniłem tutaj te wszystkie zespoły, żeby dać obraz, jaki wahlarz możliwości
panowie z Kontroli Narodzin zaprezentowali. Dla mnie to niesamowite, jaki potencjał drzemał w tych jegomościach. Jestem wręcz pewien, że nazwa formacji byłaby wymieniana jednym tchem z takimi
tuzami rocka progresywnego jak ELP, Genesis czy Yes, gdyby tylko panowie pochodzili z Wielkiej Brytanii. Niestety tamta, fantastyczna zresztą scena, zasnobowała się całkiem i niechętnie oddawała zagranicznym grupom pola. A ja mówię bez kozery, że to granie na takim samym poziomie i to się tyczy także produkcji albumu (tu jednak nie może być zaskoczenia, Niemcy do tego przykładali zawsze wagę). Tiny Flashlights rozpoczynają jakieś dziwaczne, kwasowe zaśpiewy prezentowane na tle gitarowych popisów Bruno Frenzela. W dalszej części utwór przeradza się w jazz rock, który owszem brzmi bardzo okazale, ale warto zwrócić uwagę na popisy instrumentalistów, bo wykonali tutaj tytaniczną pracę. Tak nie zagra muzyk bez solidnego doświadczenia na polu jazzu i free jazzu. Oczywiście nie brak tu rockowego uderzenia (Bernd Noske w fantastycznej formie). Po prostu rock progresywny z jazzowymi odlotami i każdy muzyk należycie się wykazał. Następny na płycie Trial Trip dryfuje trochę bliżej hard rocka. Przypominają się stare kawałki Birth Control, ale oczywiście te najlepsze (z płyt Operation i Hoodoo Man). Bardzo dobra kompozycja, której naturalnie nie brakuje urozmaiceń, gdyż końcówka tego numeru niespodziewanie przeradza się w coś, co zawsze uwielbiałem u takich grup jak Marillion, czy u rodaków Birth Control - grupy Anyone's Daughter. Piękne, gitarowe sola z przejmującymi dźwiękami (nie wiem dlaczego, ale
jakoś od razu na myśl przychodzi mi Cinderella Search Marillion i końcowa część tego utworu, podobny klimat w każdym razie). Te perkusyjne, szybko wygrywane rytmy wraz z keyboardem mieliśmy już przy okazji utworu Just Before The Sun Will Rise z płyty Operation, tam najlepszego nagrania. Po prostu cudo. This Song Is Just For You wchodzi niczym jakiś big band. Robi się swingowo, by w końcu delikatna jazzowa partia klawiszy zgrała się z rockowo brzmiącą gitarą. Taki smooth jazz połączony z rockiem. Nie powiem, że nie słyszę w tym Pink Floyd, bowiem to akurat bardzo floydowa partia. Oni uwielbiali tak grać we wczesnych latach działalności (oczywiście kiedy już wyszaleli się z psychodelią). A This Song Is Just For You to relaksujący kawałek na sam koniec, co mnie specjalnie nie razi. Grupa wyraźnie spuszcza z tonu, ale nie po to, żeby nas zanudzić na śmierć. Po prostu w ramach urozmaicenia krążka prezentuje nam taką ścieżkę. Warto podkreślić, że wokale tym razem bluesowe nadają trochę barowego klimatu tej kompozycji. I to już koniec płyty. Zaledwie 6 utworów, ale jakich!. Ja wiem, że napisałem w recenzji Operation, że tamten album podoba mi się najbardziej, ale po dłuższym obcowaniu z Plastic People muszę chyba zmienić zdanie. Tutaj mamy do czynienia z zespołem o wiele dojrzalszym, no i prezentującym znacznie więcej rocka progresywnego, niż to miało miejsce na tamtych płytach. Nie zmienia to oczywiście faktu, że dalej bardzo lubię tak Operation jak i Hoodoo Man. Ale Birth Control w 1975 roku osiągnęli szczyt swoich możliwości. Muszę dodać jeszcze jedną ważną rzecz. Opisałem utwory w takiej kolejności, w jakiej pojawiły się na wydaniu płyty CD z roku 1995. Na późniejszych wydaniach zamienione miejscami są kawałki Rockin' Rollin' Roller i Tiny Flashlights. Oczywiście dla obrazu całości to bez znaczenia. Każda z zamieszczonych kompozycji warta jest takiej samej uwagi.
Płyta obowiązkowa dla wszystkich maniaków rocka progresywnego. Dobrze by też było, żeby zapoznali się z nią fani neoprogresu, bowiem jest w moim odczuciu o wiele bardziej strawna niż wiele uznanych i wielbionych płyt sławnych progresywnych grup, które nie zawsze dbały o dostatecznie dużo rocka w swoich kompozycjach.
Oficjalna strona zespołu: www.birth-control.de
LSDisease grudzień 2010
|