|
Skład: Robert Mason - śpiew, pianino; David Henzerling - gitary, chórki; John Covington - perkusja i instrumenty perkusyjne; Colby - gitara basowa, chórki
Produkcja: David Henzerling
Big Cock to zabawna kapela. Seksistowska nazwa, seksistowskie liryki, seksistowskie kampanie promocyjne. Czyli jak ulał pasują chłopaki do granej przez siebie hard rockowej muzyki. Nie śledziłem zbyt pilnie ich kariery i teraz zdaję sobie sprawę, że było to z mojej strony niedopatrzenie. Kiedy w moje ręce wpadło Motherland, czyli trzeci album w dorobku grupy, bardzo pozytywnie się zaskoczyłem.
Co właściwie grają "duże wacki"? Powiedziałbym, że jest to mieszanka różnych stylów, przy czym za dominujące uznałbym wpływy AC/DC oraz (a może "przede wszystkim") Kix. Jest to muzyka w sam raz na zakrapianą piwem imprezę, coś niezobowiązującego, poprawiającego humor. Już samo patrzenie na okładkę wydawnictwa może spowodować atak śmiechu, podobne motywy przypominają mi nieśmiertelne sceny seksu z serii "Nagiej Broni". Nie jestem chyba odosobniony w takim poczuciu humoru? Pierwsze na płycie Get A Load Of Me stanowi wprowadzenie dla osób, które wcześniej nie znały zespołu. Robert Mason świetnie wywiązuje się ze swojej roli, charczy w specyficzny, charyzmatyczny sposób. Ścieżka z pewnością podoba się podążającym za zespołem grouppies. Stamina została zagrana w wolniejszym, majestatytycznym tempie, trochę w stylu Led Zeppelin. Najwięcej do powiedzenia mają tym razem wokalista i perkusista. Znacznie bardziej przemawia do mnie Breaking My Balls. Tym razem na pierwszy plan przebija się gitara, a wpływy którymi kierowali się Big Cock to niewątpliwie klasyczne Guns N' Roses. Żeby wyczuć ekipę Axla i Slasha wystarczy wsłuchać się w chórki i refreny. Bump And Grind to z kolei Kix A.D. 2008. O seksistowskich lirykach wspominałem już na początku recenzji, wspomnę może i teraz, gdyż panowie przechodzą samych siebie. W końcu przede wszystkim liczy się dobra zabawa. Szkoda, że wiele kapel nie potrafi z takim dystansem i humorem podejść do tematu seksu, kobiecych pośladków i do całej tej otoczki. Big Cock potrafią i brawa im za to. Road To Ruin jest kompozycją "australijską", gdyż czerpie garściami z AC/DC. W 2008 roku w podobny, bardzo podobny sposób grało chociażby Bullet. Napomknę jednocześnie, że oryginalni, wiekowi weterani mogliby uczyć się własnej muzyki od wyżej wymienionych młodych wilków. Gdyby posłuchali Road To Ruin, może powróciłaby ich wena twórcza? Slave jest wyraźnie cięższe i wolniejsze. Muzyka trochę przytłaczająca, choć wpisuje się tematycznie w twórczość zespołu. Na siódmym, szczęśliwym miejscu grupa umieściła balladę Don't Ask Me To Be Faithful. Jak na utwór romantyczny, ma ona dość nietypową nazwę, kolejny raz brawa za poczucie humoru. Od strony muzycznej, jest to połączenie ballad Tesli z wyciskaczami łez Burning Rain. Big Cock bardzo dobrze radzą sobie z taką stylistyką, utworu dobrze się słucha, ma się ochotę bujać i złapać ukochaną w ramiona. I kiedy tuli się ją do siebie, można przy okazji nucić refreny utworu, nadając scenie trochę komicznego wyrazu. Live To Rock to jakżeby inaczej, solidna dawka energicznego, tanecznego rock&rolla. Refreny i aranżację przywołują mi na myśl wspomnianą przed chwilą Teslę. Bardzo dobry i dopracowany rocker, który po przesłuchaniu długo chodzi po głowie i ma tendencję do prześladowania słuchacza. M.I.L.F, czyli slangowy, wulgarny akronim od Mother I'd Like To Fuck, jest już z samej definicji utworem typowym dla kapeli. No cóż, trzeba im to wybaczyc, gdyż w taki właśnie sposób kapela chce promować swoją twórczość i zaistnieć na świecie. Feverish jest w pewnym sensie niespodzianką. Jestem pewny, że po poprzedzającej go serii utworów mało kto spodziewałby się riffów i aranżacji typu Bulletboys. Szczerze przyznam, że byłem zaskoczony. I o ile Bulletboys lubię dość wybiórczo (pewnie mógłbym się nieźle pokłócić z fanami tej kapeli) , to Big Cock trafili akurat w ten segment twórczości Amerykanów, który mi się podoba. Pod sam koniec grupa przyspiesza, grając ponownie pod AC\DC, ale tym razem używając formuły wykorzystanej przez Airbourne. Ponownie zwracam uwagę na refreny i chórki.
Osoby oczekujące soldinej, dobrej dawki rozrywki sięgając po Motherland nie będą rozczarowane. Na wydawnictwie brak oryginalności, ale nie może stanowić to zarzutu w stosunku do kapeli, gdyż panowie w tym, co robią, są bardzo naturalni i szczerzy. Na koniec dodam, że spodobała mi się kolekcja topów damskich, których zadaniem jest reklamowanie zespołu...
Oficjalna strona zespołu: www.bigcockrocks.com
Guciomir styczeń 2009
|