Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BASHFUL - Down For The Count [1990]
Wydawca: Arctic Records

  1. Let It Ride
  2. All The Way
  3. Down For The Count
  4. Sweet Surrender
  5. This Time
  6. Power To Burn
  7. Burning Bones
  8. Push It (To The Limit)
  9. One Step Away
  10. Buy Me A Beer
  11. No Pain
Down For The Count

Skład: Jeff Hoover - śpiew; Edward Miller - gitary; Brad Zinn - gitara basowa; Rusty Diamond - gitary; John Passarelli - perkusja

Produkcja: Bill Grabowski

Czasem uda mi się trafić na prawdziwą perełkę wydawniczą, kompletnie zapomnianą zarówno przez przemysł fonograficzny jak i, co za tym idzie, przez fanów rockowego grania. Takim krążkiem jest bez wątpienia Down For The Count amerykańskiej formacji Bashful, która zadebiutowała w 1985 roku EP-ką noszącą taki sam tytuł jak nazwa zespołu. Po 5 latach od debiutu wydawniczego pojawił się krążek jak na swoje czasy przestarzały i to zarówno jeśli chodzi o same utwory, jak i o brzmienie. U progu lat '90 tak już się nie grało. Nawet grupy, z których panowie czerpali pełnymi garściami jeśli nie styl, zmieniły chociaż podejście do produkcji (AC/DC), a inne postanowiły zdefiniować siebie na nowo (Def Leppard). Może dlatego album przeszedł niezauważony, może dlatego nikt się nim nie zainteresował, a wydania kompaktowe chodzą obecnie na eBayu po kilkadziesiąt dolarów za ten rarytas.

Let It Ride rozpoczyna płytę potężnym wykopem. Jest to coś z pogranicza wczesnego Def Leppard (albumy High & Dry i Pyromania) oraz AC/DC (późne nagrania z Bonem Scottem, wczesne z Brianem Johnsonem). Właśnie te naleciałości NWOBHM będące w muzyce Leppardów słychać również i tutaj, co sprawiło, że niektórzy klasyfikowali Bashful jako zespół metalowy (i takie informacje w Internecie znalazłem). Po energetycznych trzech minutach nie ma mowy o żadnym spuszczaniu z tonu. Ostry i agresywny All The Way swoją bezczelnością dorównuje wczesnym kawałkom Motley Crue, ewentualnie dla zwolenników tej formacji coś na ząb, chociaż fani sleazu mogą w zasadzie z wydawnictwem się zapoznać. Jest tu też fajna, chociaż może niespecjalnie techniczna solówka (ważne, żeby nie było bezsensownego pitolenia i tutaj, możecie mi wierzyć, go nie ma). Tytułowy Down For The Count ma zagrywki żywcem wyjęte z któregoś z klimatycznych kawałków AC/DC (podobne motywy są np w Spellbound, ale to tylko jeden z przykładów), choć całość daje ostro po kościach jak najlepsza gatunkowo whisky. Podoba mi się, że zespół chciał wprowadzić trochę innej poetyki do tak charakterystycznego przecież grania. Sweet Surrender to ballada, aczkolwiek ostrzejsza niż większość rockowych ballad. Porównanie z wczesnym Def Leppard jak najbardziej pasuje. Lubicie Too Late For Love czy Bringing On The Hearbreak, to i Sweet Surrender polubicie, no chyba że ktoś wyjątkowo grymasi, choć wstępnie tego nie przewiduję. This Time - jeden z moich absolutnych faworytów. Jest tu wszystko, co uwielbiam w hard rocku i rock and rollu. Taka właśnie rytmika odpowiada mi najbardziej (tempo średnie, ale z mocno akcentowaną frazą w refrenie). Gitary podkreślają rozrywkowy charakter kompozycji grzejąc jednak na tyle, że nic tylko balować przy tym do białego rana. Dla odmiany Power To Burn nie rusza mnie prawie wcale, choć odnotowuję zapożyczenia od Scorpions (na płycie Virgin Killer były podobne zagrywki). Utwór szybki, ale pozbawiony siarki najoględniej mówiąc, chociaż każdy ma swoje kryteria oceny; dla mnie nie musi być szybko, ważne, żeby było mocno i konkretnie, z dobrym refrenem. Podobnie, jeszcze szybciej jest w Push It (To The Limit), tyle że tu prościej, niemal punkowo i to chyba najsłaszny moment albumu. Ale wcześniej jest jeszcze cover grupy Krokus, utwór Burning Bones. Jak dla mnie wpasowuje się idealnie w klimat płyty i przez przypadek z pewnością nie został wybrany. One Step Away postanowiono urozmaicić harmonijką ustną, co mi osobiście nie przeszkadza, a nagranie podoba mi się bardzo. Może tak powinni byli grać The Rolling Stones w latach '80? No, nie wiem, czy kości Keitha by to wytrzymały. Tak czy owak kawał zamaszystego hard rock and rolla z fajną solówką na harmonijkę i gitarę. Kto nie lubi, niech się przerzuci na Marka Grechutę i poezję śpiewaną, chociaż to nie do końca jest tak, że poetyckiego klimatu na Down For The Count nie ma... pod warunkiem że ktoś lubi sprośne wierszyki. Wracając do muzyki, Buy Me A Beer, ot kolejny raczej szybki fragment, może nieszczególnie robi wrażenie, ale nie odrzuca. A na koniec prawdziwa perełka, kto wie, może i najlepszy utwór na płycie. No Pain to numer w stylu Dokken. Niemal identyczne rozłożenie akcentów jak w Into The Fire, co szczególnie mnie cieszy. Że z takim killerem czekali do samego końca. Dla tych fanów hard rocka, którzy urodzili się wczoraj i nie znają jeszcze Dokken i Into The Fire, dodam, że momenty balladowe przeplatają się tu ze świetnym hard rockiem rodem z lat '80. Po prostu utwór marzenie, którego można słuchać bez końca.

Podsumowując album należy wspomnieć o paru kwestiach. Po pierwsze nie jest to pozycja ogólnie dostępna, a można ją nabyć za spore pieniądze na aukcjach internetowych, jeśli się akurat jakiś egzemplarz pojawi. Zatem dla kogo jest ten album i kto powien szczególnie się nim zainteresować? Po pierwsze, co wynika z recenzji, fani AC/DC (Angus i spółka nigdy już tak nie zagrają), fani wczesnego Def Leppard (tu pozycja w zasadzie obowiązkowa), fani Krokus (po prostu wypada), po drugie po płytę mogą też sięgnąć fani prostego hard rocka z pogranicza sleazu, gdyż dostaną tutaj to, czego na ogół po weteranach tego gatunku obecnie nie można się spodziewać. Niewątpliwie pozycja dla koneserów, ale lepsza niż parę nowych krążków z takim graniem razem wziętych.

Brak oficjalnej strony zespołu

LSDisease
sierpień 2011