Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BANG TANGO - Dancin' On Coals [1991]
Wydawca: MCA Records

  1. Soul To Soul
  2. Untied And True
  3. Emotions In Gear
  4. I'm In Love
  5. Big Line
  6. Midnight Struck
  7. Dancin' On Coals
  8. My Saltine
  9. Dressed Up Vamp
  10. Last Kiss
  11. Cactus Juice
Dancin' On Coals

Skład: Joe LeSte - śpiew; Tigg Ketler - perkusja; Kyle Kyle - gitara basowa, śpiew; Mark Knight - gitary; Kyle Stevens - gitary, śpiew

Produkcja: John Jansen

Pewne znane wszem i wobec czasopismo, mieniące się "metalowym", w zestawieniu najlepszych płyt roku 1991 umieściło album mało docenianej formacji Bang Tango Dancin' On Coals wśród innych ówczesnych klasyków jak Ceremony The Cult oraz Slave To The Grind Skid Row. Kiedyś takie płyty figurowały w czołówkach pism muzycznych. Nie szkodzi, że obok albumów Nirvany. O tej muzyce wciąż pamiętano. Pamiętam jak wówczas chłonąłem każdy centymetr tekstu, nawet kiedy był on lapidarny, tłumaczony na prędce. To było dawno temu i dzisiaj nikt nie zawraca sobie głowy ani Bang Tango, ani pokrewnymi zespołami, a szkoda. Szkoda, bo niżej opisana płyta z pewnością zwraca uwagę nie tylko oryginalnością, ale przede wszystkim świetną produkcją i kunsztem muzyków. "...tańczę na węglach, tańczę z aniołami...".

Bang Tango. Ciekawa nazwa... Zespół powstał u schyłku lat '80 jako część sceny L.A. i we wczesnych latach proponował muzykę typową dla tamtego okresu. Z pewnością płyta Dancin' On Coals jest tutaj pewnym przełomem, gdyż grupa wyraźnie postarała sie wejść w nową dekadę z nową energią i pomysłem, jak by tu urozmaicić repertuar. Odpowiedź słychać już w otwierającym album Soul To Soul. Ekstatyczny funk w hard rockowym sosie, z gitarami na conajmniej wysokim poziomie. To na początek. Potężna produkcja, bez specjalnych udziwnień, surowa ale nowoczesna, kiedyś tak po prostu robiło się płyty. Dla mnie to chyba kluczowy okres, jeśli chodzi o produkcję albumów. Drugi na krążku jest przebój Untied And True. Sporo w nim nawiązań do The Cult, zwłaszcza z okresu Ceremony. W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby ten kawałek ukazał się na płycie Brytyjczyków. Wokal Joego LeSte do złudzenia przypomina manierę Astburyego. Jednak widzę tutaj pewną przewagę Bang Tango, jeśli chodzi o gitary. Są one po prostu bardziej techniczne, precyzyjne i co ciekawe, zespół nie boi się nietypowych jak na taką muzykę rozwiązań sięgając po harmonizery. Emotions In Gear to jeden z moich ulubionych kawałków Bang Tango. Jest dość spokojny, prawie balladowy, kojarzący się momentami z dokonaniami formacji L.A. Guns, chociaż ekipa Traciego ze dwie klasy niżej. Refren owego utworu jest rewelacyjny i bardzo podoba mi się też solo. Dwa nastepne kawałki to już funkowa zabawa i szczególnie wyróżniłbym pierwszy z nich, ot po prostu fajny numer, napewno oryginalny i dobrze zagrany. Big Line nie zwraca jakoś szczególnie mojej uwagi. Po prostu jest tutaj, niczym wypełniacz. Midnight Struck za to znowu nawiązuje po części do The Cult i płyty Ceremony. To po prostu długa ballada, napewno udana, ale tutaj punkt dla The Cult, bo Bang Tango niestety ciut przesłodzili. Numer 7 na płycie kryje moją ulubioną kompozycję Bang Tango. Utwór tytułowy zawiera wszystkie najlepsze elementy hard rockowego grania, a dodatkowo sporo urozmaicień. Spójrzmy na rozbudowane solo. Ciekawie zostało zaaranżowane na harmonijkę ustną, saksofon i gitarę. Wiele tutaj wymiatania na najwyższym poziomie i ten charakterystyczny harmonizer, niecodzienny w tej muzyce, bowiem raczej to klimaty Blind Guardian...ale to nie ma znaczenia bo brzmi to świetnie i świeżo. Gdybym miał zrobić ranking 10 najlepszych kawałków hard rockowych wszechczasów napewno Dancin' On Coals bym umieścił w takim zestawie. Poprzeczka została postawiona tak wysoko, że dalsze kompozycje w naturalny sposób nie mogą przebić utworu tytułowego, co nie oznacza że są one złe. Na szczególną uwagę zwraca doskonały Dressed Up Vamp z rasowym zadziornym riffem oraz Last Kiss, bardziej melodyjny bardziej w stylu '80 z wesołym refrenem i wogóle bardzo fajny. Na koniec jeszcze trochę funkowego grania w Cactus Juice i to już koniec.

Mnie to wystarczy, by określić ten album jako jeden z najlepszych w historii tej muzyki. Jest bardzo spójny, a zarazem wiele tutaj różnych smaczków się znalazło. Mimo dobrej promocji płyta nie stała się bestsellerem, a dzisiaj i najwytrwalsi internetowi surferzy nie znajdą w sieci nawet tekstów do tego albumu. Najbardziej niedoceniony album w historii rocka? Nawet jeśli to przesadne stwierdzenie, to znowu nie aż tak bardzo.

Oficjalna strona zespołu: www.bangtango.com

LSD
luty 2007