Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BANGALORE CHOIR - On Target [1992]
Wydawca: Giant

  1. Angel In Black
  2. Loaded Gun
  3. If The Good Die Young (We’ll Live Forever)
  4. Doin’ The Dance
  5. Hold On to You
  6. All Or Nothin’
  7. Slippin’ Away
  8. She Can’t Stop
  9. Freight Train Rollin’
  10. Just One Night
On Target

Skład: David Reece - śpiew; Curt Mitchell - gitary, chórki; John Kirk - gitary, chórki; Ian Mayo - gitara basowa, chórki; Jackie Ramos - perkusja, chórki
Gościnnie: Dan Greenberg - gitara basowa; Derek Thomas - perkusja

Produkcja: Max Norman i James (Jimbo) Barton

Za niektórymi kapelami niesprawiedliwe słowa krytyki, wypowiedziane przez dziennikarzy muzycznych i samych fanów, ciągną się przez lata. Stało się tak między innymi w przypadku Bangalore Choir, ekipy założonej w Los Angeles na początku ostatniej dekady XX wieku, w skład której wszedł wokalista David Reece (wcześniej udzielał się na jednej płycie Accept i w Sacred Child), gitarzyści John Kirk i Curt Mitchell (grający uprzednio w Razor Maid) oraz basista Ian Mayo i perkusista Jackie Ramos (czyli była sekcja rytmiczna Hericane Alice). Zadebiutowała ona w 1992 roku krążkiem zatytułowanym On Target. Tej załodze przypięto łatkę "generycznej", "przewidywalnej" i "nudnej", ale czy słusznie?

W mojej opinii tylko pierwszy z powyższych epitetów odpowiada rzeczywistości. Wykonujący wygładzoną formę glam metalu zespół próbował wypłynąć na powierzchnię o kilka lat za późno, gdyż w jego muzyce znajdziemy liczne nawiązania do twórczości takich artystów jak Whitesnake, Bon Jovi, Kane Roberts, czy Talisman; natomiast nie ma tam miejsca na drapieżne kawałki a’la Hericane Alice, stąd pewnie tak duży był zawód miłośników tej ostatniej grupy. Bangalore Choir zarzucano też, że ich płyta brzmi zbyt "płasko", mało dynamicznie, ale czy może to być powód to frontalnej krytyki ze strony różnych stron internetowych poświęconych melodyjnemu rockowi? Raczej zarzut postawiony skądinąd świetnemu producentowi, za sprawą którego za słabo wyeksponowano pracę sekcji rytmicznej... Jeśli zaś chodzi o same kompozycje, album stanowi istny worek napisanych z premedytacją, potencjalnych hitów. Zagranych z dużą klasą i tak też zaśpiewanych (barwa głosu Davida Reece’a oscyluje gdzieś pomiędzy wokalem Davida Coverdale’a i Jeffa Scotta Soto). Zaczyna się to wszystko od Angel In Black, ciekawie zinterpretowanego coveru piosenki Autograph (oficjalnie wydanej przez tych ostatnich dopiero w 1997 roku). Wersja ekipy Reece’a odpowiada mi bardziej, jest ociupinę bardziej mroczna, powiedziałbym nocna, rozmarzona, w czym zasługa przede wszystkim perfekcyjnej aranżacji, a przy tym - nie da się ukryć - lepiej wykonana. Myślę, że kilka lat wcześniej stałaby się murowanym przebojem. Mający średnie tempo, łagodnie bujający Loaded Gun swoją strukturą przypomina numery Bon Jovi lub Kane’a Robertsa. Po bardzo spokojnej zwrotce następuje w nim prawdziwy wybuch radości w postaci hipermelodyjnego, chóralnie odśpiewanego, bombastycznego refrenu. Oklepane? Może i tak, ale zawsze się sprawdza. Podobnie jak formuła power ballady, zaproponowana w trzecim z kolei If The Good Die Young, którego zwrotka przypomina wykonany z wyczuciem utwór country’owy, natomiast pianego z amerykańską pasją refrenu znów nie powstydziłby się Jon Bon Jovi i myślę, że byłby to przyzwoity punkt któregokolwiek z jego wynurzeń. Zresztą ten ostatni pan na spółkę z Aldo Novą popełnili czwarty na płycie, mocno funkujący Doin’ The Dance. Kawałek taki sobie, w sumie bardzo kliszowy, chociaż interesująco brzmią w nim harmonie wokalne w przedrefrenie i zgrabna solówka. Na poły akustyczna, dostojna ballada Hold On To You idealnie nadawałaby się na jakąś estradę, pod którą piszczałyby dziesiątki fanek. Refren pokazuje tu, jak za pomocą prostych środków można osiągnąć zamierzony efekt w postaci zapamiętywanej na długo melodii, a gardłowy dowodzi, że wokalnie niewiele brakuje mu do najlepszych. All Or Nothin’ z riffami charakterystycznie podbarwionymi klawiszami, melodyjną solówką i emocjonalnym refrenem jest jakby kopią dokonań Whitesnake z pamiętnego albumu z 1987 roku, ale to w ogóle nie drażni, gdyż brzmi raczej jak zagubiony singiel mistrzów niż jak b-side... Nieco dynamiczniejszy Slippin’ Away przypomina mi dokonania Talisman z ich debiutu - dotyczy to zarówno maniery wokalisty, z lekka neoklasycznej solówki, jak i sposobu odgrywania riffów. No i samej melodii, zdradzającej silne ciągoty ku AOR-owi, przez co bardzo łatwo przyswajalnej. Jeszcze lepsze wrażenie robi She Can’t Stop, w którym kwintetowi udało się wydobyć co najlepsze z muzyki Białego Węża i to skompilować - napotkamy więc tu na wysunięty na pierwszy plan mocny wokal skontrastowany z dyskretnymi gitarami, średnie tempo i bezbłędny refren, pulsujący pod czaszką długo po przesłuchaniu tej kompozycji. Żeby nie zagłaskać słuchacza, na pozycji dziewiątej umieszczono Freight Train Rollin’ - zadziorny i zdecydowanie bardziej chropowaty od poprzednika, w warstwie artykulacyjnej przypominający kawałki Ratt. Ustępujący kilku wcześniejszym piosenkom, ale za to zawierający solo płynnie łączące techniki legato i staccato. Za to zamykający wydawnictwo Just One Night to prawdziwe mistrzostwo w łączeniu dumnej, AOR-owej melodii z typową dla złotych lat 80-ych, hard rockową aranżacją - mamy tu świetne riffy, doskonale wplecioną, bazującą na starym, dobrym rock and rollu solówkę, a za mikrofonem faceta, który z powodzeniem naśladuje Jeffa Scotta Soto. Czego chcieć więcej?

Chyba tylko większej wyrozumiałości i obiektywizmu osób wypowiadających się o tej płycie. Wtórnej, ale zawierającej w większości bardzo dobre kompozycje i rasowo zagranej. Polecam zatem odrzucenie uprzedzeń i zapoznanie się z tym krążkiem, gdyż powinien on uradować ciało i duszę nie tylko fana glamu, ale również wielbiciela jak najszerzej pojętego hard rocka.

Brak oficjalnej strony zespołu

Hardlover
luty 2010