|
Skład: David Reece - śpiew; Curt Mitchell - gitary; Andy Susemihl - gitary; Danny Greenberg - gitara basowa; Hans i’nt Zandt - perkusja
Gościnnie: Christian Tolle - gitary; Chris Voysey - gitary; Martin Kronlund - gitary; Tommy Denander - gitary; Tommy Bloch - chórki
Produkcja: Andy Susemihl
Bangalore Choir to jedna z tych obiecujących załóg, które we wczesnych latach 90. padły ofiarą "wirusa Nirvany", skutecznie pustoszącego ówczesną rockową scenę. Ich rewelacyjne, debiutanckie wydawnictwo zatytułowane On Target co prawda nigdy nie zyskało większej popularności, ale pozostaje do dzisiaj obiektem kultu wśród nielicznych zwolenników melodyjnego hard rocka, pamiętających stare, dobre czasy. Po 18 latach od wydania tamtego, nie do końca docenionego albumu zespół powraca w składzie nieco zmienionym (nowymi muzykami są gitarzysta U.D.O. - Andy Susemihl, który jednocześnie zajął się produkcją, i perkusista Hans i’nt Zandt), ale jakże efektywnym! Oczywiście panowie są nieco dojrzalsi, co znajduje odzwierciedlenie w nowych utworach, nie powoduje jednak żadnego spadku ich jakości.
Druga odsłona twórczości amerykańskiej ekipy jest nieco ostrzejsza od pierwszej, zbudowana na cięższych riffach, ale nie traci przez to na melodyjności. Ponieważ mamy już rok 2010, gitary nastrojono niżej, do kawałków wprowadzono trochę efektów studyjnych, ale, co najważniejsze, liczba ukłonów w kierunku słuchacza mainstreamowego rocka nie przekracza niezbędnego minimum - wciąż brzmi to jak tradycyjne Bangalore Choir i o to chodziło. Wydaje się też, że ząb czasu w ogóle nie naruszył głosu Davida Reece’a, nadal znajdującego się w świetnej formie, brzmiącego tu jak chimera Davida Coverdale’a i Jorna Lande. I pewnie gardłowy skradłby cały show, gdyby nie znakomita i pomysłowa gra Andy'ego Susemihla, w wielu momentach przykuwająca uwagę w takim samym stopniu - facet nigdzie nie wymiata "sobie a muzom", wszystkie jego partie sprawiają wrażenie przemyślanych. Zaczyna się to wszystko dość dziwacznym, pełnym zniekształconych dźwięków Wahzoo City, przechodzących szybko w rasowy, twardy riff Power Trippin’, uzupełniony gniewnymi wokalizami. Łezka w oku się kręci i przypomina o najlepszych czasach Whitesnake, Gotthard, a biorąc pod uwagę chropowaty, chóralny refren - również Alice’a Coopera. Do tego dodajmy nienaganną solówkę... Taka mikstura smakuje wyśmienicie i zaostrza apetyt na kolejne dania. W Martyr kwintet pokazuje się od strony bardziej przyjaznej radiu, łagodniejszej (sporo tu śladów Bon Jovi), chociaż dalej przebojowej jak wszyscy diabli. W każdym razie już przy drugim przesłuchiwaniu zacząłem mimowolnie podśpiewywać pod nosem ten refren. Zagrany w średnim tempie, "autostradowy" Living Your Dreams Everyday zaopatrzono w kolejny chorus potężnie oddziałujący na zmysł zabawy, zupełnie jakby maczał w tym palce sam Desmond Child. Całość przyozdabiają tu bardzo zgrabne motywy gitarowe, świetnie współgrające z charakterem melodii. Całkiem inny charakter posiada marszowy Survival Of The Fittest - opatrzony ciętymi riffami, początkowo groźnym śpiewem w zwrotce, przechodzącym potem w ultra-chwytliwe rozwinięcie refenu. Ogólny ton utworu może się kojarzyć z tymi bardziej hardrockowymi wynurzeniami Edguy bądź Jorna Lande. Tomorrow skonstruowano na zasadzie "szybko, głośno i do przodu", ale jak zwykle nie zrezygnowano z typowej dla zespołu, zaraźliwie hiciarskiej melodyki (brawa dla Reece’a za śmiałe wejścia w wysokie rejestry i dla Susemihla za robiący wrażenie shredding). Heart Attack & Vine to niby typowy, kliszowy, lekko kołyszący glam metal bazujący na z lekka połamanych riffach, jednak warto zaczekać tu do fajnej, zabarwionej Orientem solówki... Obowiązkowa balladka Still Have A Song To Sing nie robi specjalnego szumu, gdyż po prostu brakuje w niej jakiegoś ciekawego pomysłu, ale od biedy ujdzie w tłumie. Lepiej wypada mniej mdły Dig Deep, zorientowany na słuchaczy pamiętających Blaze Of Glory Jona Bon Jovi - z tym ostatnim wykonawcą nieodparcie kojarzą się wokalizy, akustyczne brzmienia w zwrotce i zagrywki slide w bridge’u. Powrót grupy do formy można jednak obwieścić dopiero przy okazji Never Say Goodbye, ze względu na swoje bezpretensjonalne partie wokalne przeplecione fajnymi solóweczkami przywodzącym na myśl ubiegłoroczny Outloud. Zaskakującym elementem jest tu główne solo, niespodziewanie skręcające w kierunku rocka progresywnego. Jeśli chcecie wrzucić na zupełny luz, posłuchajcie imprezowego Sweet Temptation, ewidentnie stylizowanym na numer Def Leppard. Bangalore Choir nie mogli zapomnieć, że ich fani czymś muszą zwabić swoje panienki, najlepiej czymś tak lekkim i zwiewnym. A potem zrzuci Was z krzesła rewelacyjny riff High On The Clouds, któremu dzielnie sekundują partie gitary prowadzącej, momentami współtworzące tzw. podwójną oś (zupełnie jak u Thin Lizzy, zresztą echa tych ostatnich słychać też w ciepłych dźwiękach solówki). Nie można nie zwrócić uwagi na kolejny doskonały refren. Spirits Too They Bleed to rzecz cięższa i mroczniejsza od kilku poprzedników, swoim klimatem wchodząca w rejony ostatnich płyt Winger. Jak dla mnie jest to zaledwie poprawne, ale pewnie znajdą się jacyś miłośnicy takiego stylu. W finalnym Surrender All Your Love mamy interesujące połączenie koncepcji kompozycyjnych Jorna Lande (zwrotka) i Whitesnake (refren). I po raz kolejny krótkie, ale przykuwające uwagę, ciekawe solo.
Chociaż na Cadence znalazły się trzy dość przeciętne utwory, reszta trzyma równy, wysoki poziom, dowodząc niedowiarkom, że niektórzy bohaterowie złotej ery glam metalu nie zdziadzieli i wciąż stać ich na wiele. Jeśli chodzi o brzmienie albumu, dodam tylko, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby współczesny melodyjny hard rock zmierzał właśnie w takim kierunku. Tym samym ten krążek musi się znaleźć w moim prywatnym Top 10 w kategorii "najlepsza płyta roku". Mam nadzieję, że znajdzie się również w Waszych zbiorach, a wtedy będziecie do niego wracać...
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/officialbangalorechoirpage
Hardlover wrzesień 2010
|