|
Skład: Ray Gillen - śpiew, harfa bluesowa; Jake E. Lee - gitary, instrumenty klawiszowe; Greg Chaisson - gitara basowa; Eric Singer - perkusja
Produkcja: Paul O’Neill i Badlands
Jak podają encyklopedie, "badlands" to suche, niegościnne tereny, pozbawione roślinności, choć z drugiej strony ciekawe geologicznie. Eks-gitarzysta Ozzy’ego Osbourne’a, Jake E. Lee, opatrzył w końcówce lat 80-ych swój nowy projekt taką nazwą pewnie po to, by kojarzyła się z czymś pierwotnym, surowym, nawiązującym do korzeni. W tym celu otoczył się doborową trójką artystów o niepospolitych umiejętnościach, a byli nimi: wokalista Ray Gillen (który wcześniej terminował w Black Sabbath i Blue Murder), basista Greg Chaisson (uprzednio grający w Surgical Steel i Steeler) i perkusista Eric Singer (przedtem grywał z Litą Ford i Gary Moorem, później m. in. w KISS). Wioślarz nie ukrywał, że w porównaniu ze swoimi wyczynami u Księcia Ciemności ma zamiar stworzyć coś zupełnie innego, bardziej tradycyjnego, stylistycznie zakotwiczonego w latach 70-ych, aczkolwiek zagranego w sposób charakterystyczny dla kolejnej dekady.
Wydaje się, że omawiane wydawnictwo z założenia nie miało być przebojowe, koncentrując się raczej na strukturze utworów, ciekawych riffach, esencjonalnych solówkach i liniach wokalnych, niż na olśniewających melodiach, wycelowanych w listę Billboardu. Największą gwiazdą jest tu oczywiście Lee, którego pomysłów wystarczyłoby na obdzielenie kilku innych albumów. Zaczyna się to wszystko przybrudzonymi, grającymi jak gdyby zza ściany riffami High Wire, po których od razu możemy zorientować się, z czym będziemy mieli do czynienia. Stylistycznie blisko temu zagranemu w średnim tempie numerowi do tego, co prezentował Whitesnake (co słychać zwłaszcza w rytmie i liniach wokalnych), chociaż brzmieniowo bliżej mu do Led Zeppelin. Lee wypełnia całą przestrzeń gęsto utkanymi, klasycznie brzmiącymi, aczkolwiek pomysłowymi zagrywkami. Na pewno jest to dobry wstęp przed jednym z dań głównych na płycie, zatytułowanym Dreams Of The Dark. Kiedyś ten utwór wybrano na singiel i zilustrowano wideoklipem, czemu trudno się dziwić, gdyż miał on chyba największy potencjał komercyjny. Wyjątkowo mocny wokal Gillena skontrastowano tu z gitarowymi smaczkami Lee, który w zwolnieniach refrenu w swoim stylu przekuwa riffy w przestrzennie brzmiące, "rozlane" dźwięki, a pulsujący bas i przebojowa melodia dopełniają obrazu całości. Na pozycji trzeciej zaskakuje nas całkowicie instrumentalny Jade’s Song, z przeplatającymi się fragmentami akustycznymi i elektrycznymi. Najwięcej dzieje się w tych drugich, opartych na popisach gitarzysty, grającego raz techniką staccato, raz legato, nie stroniącego od przesteru, podciągania strun i "kaczuszki". Sekunduje mu w tym dzielna sekcja rytmiczna, czyli kreujący zeppelinowskie, połamane rytmy perkusista i wydobywający spod palców ciekawe frazy basista. Z kolei nad Winter’s Call jeszcze wyraźniej unosi się duch Ołowianego Sterowca. Piosenkę rozpoczyna akustyczny, choć niepokojący wstęp, przechodzący w kawałek bazujący na riffach typowych dla lat 70-ych, a sam Gillen z powodzeniem naśladuje sposób śpiewania Roberta Planta. Bardzo mi się tu podobają nietypowe jak na dziewiątą dekadę harmonie brzmieniowe, a zwłaszcza inspirowana muzyką hinduską solówka w końcówce. Prawdziwy geniusz zespołu ujawnia się jednak w trzech następnych kompozycjach. Swoimi jednostajnymi, aczkolwiek pełnymi niepokoju riffami, urywanymi, wychodzącymi poza tonację gitarowymi smaczkami, Dancing On The Edge może kojarzyć się trochę z Teslą z okresu The Great Radio Controversy. W utworze słychać umiejętnie stopniowane napięcie, z kulminacyjnymi momentami w zaśpiewanych z pasją refrenach. Majstersztykiem jest Streets Cry Freedom, w którym wykorzystano znany już wcześniej patent, ze spokojnym, leniwie akustycznym początkiem i prawdziwym wybuchem ekspresji w zdradzającym inspiracje dokonaniami Led Zeppelin refrenie, w którym Gillen wywołuje ciarki na plecach piszącego tę recenzję. W połowie tego kawałka formacja zaczyna przyspieszać, Lee gra swoje specyficzne staccato, ale prawdziwą bombą jest dopiero jego hipnotyzujące glissando w solówce. Misterium zaklęte w dźwięki! Hard Driver to moja ulubiona szybka piosenka z płyty, z ciekawą melodią (refren wykrzykuję zawsze razem z gardłowym), interesującymi załamaniami rytmu i riffami po raz kolejny podchodzącymi pod Teslę. Najfajniejsze są jednak nagłe, choć nie burzące spójności kompozycji, zmiany tonacji w grze wioślarza po drugim refrenie. Dostojnie kroczący, niżej zaśpiewany Rumblin’ Train to ukłon w stronę southern rocka, kojarzący się trochę z wolniejszymi numerami Jackyl, tyle że pod każdym względem lepszy - chodzi zarówno o bardziej złożone gitarowe podkłady, solówkę, jak i o wokal, który tym razem momentami wchodzi w rejestry jakby zarezerwowane dla Jima Morrisona (ta chrypka!). Devil’s Stomp i Ball & Chain robią już znacznie mniejsze wrażenie, gdyż mimo misternej gry całego zespołu i doskonale skonstruowanych riffów są pozbawione zapadających w pamięć melodii. W charakterystycznej rytmice pierwszego z nich mamy już zaczątki funkującego grania, które grupa będzie potem prezentować na Voodoo Highway. W obu kawałkach słychać wyraźne zapożyczenia z Led Zeppelin, zarówno na poziomie riffów jak i pracy gitary prowadzącej. Z jednym "ale" - Lee jest lepszym gitarzystą niż Jimmy Page. Sterowiec na pewno nie powstydziłby się również Seasons, zbudowanego na nieco psychodelicznym brzmieniu gitar, z cudownym wokalem, ujawniającym pełnię możliwości Gillena. Owo hipnotyczne, rozlane brzmienie nie musi się spodobać miłośnikom selektywnych dźwięków, a specyficzne gitarowe frazy z tego typu piosenek były z pewnością inspiracją dla zespołów grunge’owych.
W wyniku dość chłodnego przyjęcia przez fanów debiut Badlands nie cieszył się taką popularnością, na jaką zasługiwał. Pewnie zadecydował o tym brak nastawienia tego materiału na przebojowość i zignorowanie przez kwartet panującej wówczas mody. Niemniej jednak po latach wydaje się, że jest to jeden z najlepszych albumów całej tamtej dekady, perfekcyjnie zagrany i zaśpiewany, dopieszczony, pełen interesujących brzmień i riffów, pozbawiony jakichkolwiek zgrzytów. Innymi słowy album uzależniający, którego poznanie jest obowiązkiem każdego szanującego się fana hard rocka.
Oficjalna strona Jake E. Lee: www.jakeelee.com
Hardlover sierpień 2009
|