|
Skład: Bax Fehling - śpiew; Hal Marabel - gitara, instrumenty klawiszowe; Sven Cirnski - gitara; Patrik Södergren - gitara basowa; Jaime Salazar - perkusja
Produkcja: Hal Marabel
AOR - ten skrót często pojawia się na naszych łamach. Różnie się go interpretuje, a jedno z rozwinięć brzmi Album Oriented Rock. Coś w tym musi być, bo wiele płyt z tego gatunku składa się z bardzo podobnych do siebie piosenek, co czyni wydawnictwa bardzo spójnymi, ale i bardzo nudnymi. Do grona takich albumów na sczęście nie dołączy kolejne dzieło Bad Habit.
Nowe dziecko Szwedów spodoba się fanom gatunku, jestem pewien, iż szybko trafi w ich gusta i będą je wychwalać pod niebiosa. Na każde sto wydawnictw AOR-owych tylko niewielka ilość jest naprawdę godna uwagi, reszta to robota czysto rzemieślnicza i dobrze, że opisywany krążek należy do tych pierwszych. Bad Habit chyba na dobre powróciło na scenę, bo od pewnego czasu regularnie wydaje kolejne pozycje. Atmosphere wydaje się być krążkiem dość podobnym do całkiem udanego, wydanego w 2009 r. Above And Beyond. Każda piosenka wzięta z osobna jest cholernie dobra, może to zasługa faktu, że do współpracy zaproszono kilku zewnętrznych kompozytorów, co dodało płycie pożądanej różnorodności. Płytę rozpoczyna bardzo przebojowy utwór o tytule In The Heat Of The Night. Od razu daje się w nim wyczuć ducha lat '80. Na brak melodii narzekać absolutnie nie można, ścieżka jest porządnie doprawiona klawiszami, a wokalista śpiewa czysto i w sposób miły dla ucha, do tego jeszcze dochodzi chwytliwa solówka. To akurat cieszy, tego nie powstydziłaby się jedna z młodszych załóg w gatunku, Brother Firetribe. Doskonały początek płyty. Wstęp do Words Are Not Enough atakuje ostrzejszymi, niemal hard rockowymi riffami, lecz to tylko pozory, bo dalej numer robi się spokojniejszy. W sumie jest niczego sobie, razić może tylko jednostajne tempo, zupełnie jakby kompozycję układano przy użyciu sekwencera, a pałker tylko potem wszedł do studia i odegrał to samo na swoim instrumencie. No, ale kawałek jest bardzo radiowy i wcale bym się nie pogniewał, gdyby w stacjach radiowych chciano go w dziejszych czasach emitować. I Wanna Be The One może jest i nieco sztampowe, z drugiej strony idealnie wpisuje się w ramy gatunkowe. Piosenka jest spokojna, nastrojowa i oczywiście melodyjna do bólu. Kiedyś kobiety na takie dźwięki nabierały wilgoci ;). AOR pełną gębą. Dalej leci I’ll Die For You uposażone w ostrzejsze riffy, co mi akurat odpowiada i przyczepić mogę się znów jedynie do zbyt jednostajnej sekcji rytmicznej. Numer daleki od klasycznych dzieł formacji, za to raz jeszcze zwróciłbym uwagę na pewne podobieństwa do twórczości Finów z Brother Firetribe. Ponownie przyszła pora na coś nastrojowego i otrzymujemy balladowe Angel Of Mine. Piosenka jest OK, lecz irytuje mnie tu sposób, w jaki perkusista wykorzystuje blachy. Toż to jak zaprogramowany syntezator, takie rzeczy można było usłyszeć w TV, kiedy występowały popowo-taneczne boysbandy. Lepiej trafia do mnie Fantasy, gdzie wprawdzie talerze też zabrzmią momentami podobnie, ale już nie tak natarczywie. Tu mniej skojarzeń z muzyką pop, więcej szlachetnego AOR-u. Miłośnicy stylistyki z lat '80 powinni być usatysfakcjonowani. We Are One nieco sztampowe, ale ujdzie. Początek trochę jak ze ścieżek do filmow z połowy lat '80 dźwiękowych, potem robi się jeszcze łagodniej. Jeśli płeć piękna sięgnie do portfeli, to album dzięki takim piosenkom ma szansę na całkiem udaną sprzedaż. Przy okazji Only Time Will Tell po raz kolejny mamy do czynienia z balladą. Nie porywa mnie ona szczególnie, ale i nie gryzie w uszy. Może być. Break The Sillence powiela niestety schematy już na tej płycie słyszane. Znów przyczepiłbym się do jednostajności sekcji rytmicznej, chyba faktycznie w ruch poszedł sekwencer... Tylko czemu bębniarz nie poeksperymentowal bardziej ze swoimi partiami? Piosenka jednak udana i pasująca do tutejszego zestawu nagrań. Za Save Me jakoś nie przepadam, wydaje mi się po prostu zbyt przesłodzone, nawet jak na AOR. No, trudno, trzeba będzie zrobić użytek z klawisza "skip". Bardzo ambitnie rozpoczynało się Catch Me When I Fall, naprawdę zadbano o ciekawą orkiestrację, jednak dalej jest już różnie. Fanie chodzą bluesujące gitary, kiedy wygrywają te króciutkie solóweczki - tu grupa ma u mnie plus. Niestety przyczepię się do refrenów - zgadnijcie dlaczego? Oczywiście, że tak, perkusista znów wpadł w trans i i wygrywa swój oklepany, jednostajny patent. Szczęśliwie wszystko ratuje wokalista ultramelodyjnym śpiewem. Płytę zamyka utrzymane w marszowym tempie Without You. Spełnia wszystkie założenia gatunkowe i może się podobać. Mnie najbardziej chwytają te momenty, gdzie perkusja milknie, a potem powraca z serią przejść (wreszcie jakaś odmiana!). Dobra ścieżka na zakończenie albumu.
Wydawnictwo jest bardzo spójne i w zasadzie tylko partie perkusji powodują moim zdaniem gdzieniegdzie zgrzyty. Mamy tu jednak całą masę chwytliwych melodii i po jakimś czasie na te mankamenty przestaje się po prostu zwracać uwagę. Fanom AOR-u oczywiście krążek polecam, bo jak na razie jest to chyba najlepsza AOR-owa płyta roku 2011.
Oficjalna strona zespołu: www.badhabitvip.com
Guitarrizer luty 2011
|