Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

BABYLON A.D. - Babylon A.D. [1989]
Wydawca: Arista

  1. Bang Go The Bells
  2. Hammer Swings Down
  3. Caught Up In The Crossfire
  4. Desperate
  5. The Kid Goes Wild
  6. Shot O'Love
  7. Maryanne
  8. Back In Babylon
  9. Sweet Temptation
  10. Sally Danced
  11. Take Me To The Top
Babylon A.D.

Skład: Derek Davis - śpiew; Danny DeLaRosa - gitary, banjo; Ron Freschi - gitary, chórki; Robb Reid - gitara basowa, chórki; Jamey Pacheco - perkusja

Produkcja: Simon Hanhart

Babylon A.D. to kolejny obok Vain przedstawiciel hard rockowej sceny z Bay Area. Zespół miał wcześniej dwie nazwy, The Persuaders oraz Babylon. Ta druga przetrwała, ale panowie z Oakland musieli dodać A.D., gdyż w Chicago działał już zespół o nazwie Babylon. Babylon A.D. nie zdobyli co prawda wielkiej popularności, ale pewien sukces zanotował utwór Bang Go The Bells otwierający to wydawnictwo. Babylon Anno Domini... ciekawa nazwa, a napewno budzi właściwe skojarzenia. Hard rock to muzyka odwołująca się do naturalnego instynktu bez specjalnych ograniczeń. Myślę, że ciężko znaleźć trafniejsze określenie dla tego krążka. Niczym nie okiełzana dzikość wylewa się tutaj z każdej kompozycji.

Bang Go The Bells rozpoczyna zabawę. Zespół gra ciężko, ale z dużym wyczuciem melodii. Te riffy, owszem, są i z piekła rodem (czasami słychać nawet debiut Mercyful Fate) ale posiadają bogactwo hard rockowej złożoności. Innymi słowy, typowe podejście do heavy rocka końca lat '80, tyle że utrzymane w dosyć agresywnym stylu. Do Bang Go The Bells zrobiono teledysk, podobnie jak do następnego Hammer Swings/iDown. Oczywiście kompozycja to całkiem niezła, chociaż moim zdaniem dalej mamy do czynienia z lepszymi kawałkami. Na pozycji numer 3 znajduje się utwór Caught Up In The Crossfire. Riff tu może i prosty (początek to niemal I Love Rock And Roll Joan Jett), ale dalej robi się już ciekawiej. Najlepszym momentem tego kawałka jest dla mnie solo. Najlepsze na całej płycie karkołomne wygibasy okraszone popisowym arpeggio. Trochę jak Firehouse, aczkolwiek ostatnio słuchając płyty Dangerous Toys odkryłem coś podobnego. Po prostu taki patent i nie trzeba było być wirtuozem, żeby sobie pozwolić na takie zagrywki. Desperate to ballada. Programowa, jak przystało na 1989 rok, aczkolwiek całkiem niezła. Panowie nie dosłodzili zbytnio i udało się wyjść obronną ręką. Ten refren naprawdę wpada w ucho, chociaż pojawia się tam banalny do bólu riff. Interesujące zdublowane harmonizerem solo świetnie nadaje klimat temu kawałkowi. Po spokojnym fragmencie płyty rasowy killer w postaci The Kid Goes Wild. Kompozycja to prawdziy hicior, w dodatku bardzo mocny, momentami kojarzący się z dokonaniami Running Wild. W zasadzie Skid Row zmiksowanym z Running Wild, ale co to ma za znaczenie, skoro to wyśmienity numer. Shot O'Love przez pierwsze 2 minuty jest balladowe i raczej smętne, na szczęście przeradza się w rasowy hard rock. Jak dla mnie pewne proporcje instrumentów, jak i sposób śpiewania Dereka Davisa, budzą skojarzenia z Queensrÿche z tego okresu. Może to subiektywne, ale myślę, że jeśli ktoś znajdzie coś z Dokken, też się zgodzę. Solówka po raz kolejny pokazuje, że Danny DeLaRosa to naprawdę dobry gitarzysta potrafiący zastosować niebanalne tricki tu i ówdzie. No i przyszełd czas na mojego faworyta. Maryanne to kawałek, który usłyszałem jako pierwszy z tego krążka. Coś, co od razu zwróciło moją uwagę, to "szatańskie" riffy a'la King Diamond we wstępie. Numer dynamiczny, ale nie specjalnie szybki. Po prostu zagrano go z takim nerwem i witalnością. Nie ulega wątpliwośći, że to najbarziej przebojowy kawałek z albumu. Słówko o tekście. Pamiętacie numer Anna Maria Czerwonych Gitar? To cover tego kawałka. Nie, no oczywiście nie, Maria Anna Babilończyków to po prostu uliczna prostytutka spoglądająca zapewne na udręczonego jej wdziękiem Davisa, który stwierdza, że owa dama wygląda jak bogini tnąca niczym doskonały diament. Ciekawe ;). A kawałek naprawdę super. Back In Babylon to także numer pierwsza klasa. Zakręcone riffy i naprawdę mocny głos wokalisty przekonują mnie ostatecznie, że nazwa zespołu nie wzięła się znikąd. Tutaj jeszcze małe przypomnienie. Mimo całej tej agresywnej otoczki na płycie jest hard rock, nie heavy metal, chociaż różnice między tymi gatunkami bywały w pewnych przypadkach subtelne. Sweet Temptation trzyma klasę poprzedników i opiera się na skocznym motywie będącym esencją rock and rolla. Znowu użyto harmonizera do podrasowania solówki, co mnie niezwykle cieszy, no i przede wszystkim fajnie się tego słucha. Sally Danced jak dla mnie nie pasuje zupełnie do zestawu. To taki hard rock podchodzący pod country. Nie jest tragiczny, ale w tym zestawie zupełnie zbędny. Za to na koniec heavy metalowa uczta. Take Me To The Top to jedyny kawałek na płycie, o którym można powiedzieć, że jest w całości metalowy. Choć to taki metal a'la Saxon, w pewnym momencie jednak pojawia się riff z Black Funeral Mercyful Fate, gitarzysta korzysta z pedału wah-wah dla podrasowania całości i to najostrzejszy fragment albumu (zresztą bardzo dobry bo czuć siarką ;)).

10 na 11 kompozycji z debiutu Babylon A.D. to prawdziwe dopalacze i na długo zostają w pamięci, gdyż widać, że chłopaki dopracowali każdą nutkę (mieli na to 4 lata, bo tyle upłynęło od założenia zespołu do wydania pierwszej płyty). Co znamienne, drugi krążek nie jest już tak udany, co skłania mnie do przemyśleń, że proces twórczy w zespole trwał latami i eksplodował w jednym momencie. Dla mnie jedna z najlepszych płyt hard rockowych lat '80. Mocno i z wykopem.

Oficjalna strona zespolu: www.babylonad.com

LSDisease
marzec 2008