|
Skład: Johnny Gioeli - śpiew, chórki; Axel Rudi Pell - gitary prowadzące, rytmiczne i akustyczne; Volker Krawczak - gitara basowa; Mike Terrana - perkusja; Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Axel Rudi Pell
Nie wiem, jak zacząć recenzję kolejnej płyty króla Melodic Heavy Metalu. Może od prostego i brutalnego stwierdzenia, że niestety, moi drodzy, ale jest to najsłabszy album Axela Rudiego Pella od wielu lat? Czy taki początek będzie wystarczający? Tak, wiem, zaraz się zlecą obrońcy tego wymiatacza i mnie za te bluźnierstwa obedrą ze skóry, ukamienują i utopią we wrzącym oleju. Dobra, niech im będzie. Ale zanim to nastąpi, chciałbym dostać swoją szansę (ostatnie słowo skazanego) i postaram się swoją kontrowersyjną tezę poprzeć faktami. Zatem: czy mogę?
Dziękuję. Oczywiście siła tego gitarzysty polega w dużej mierze na umiejętnym odgrzewaniu kotletów. Przecież Axel właściwie nigdy niczego nie zmieniał od lat w swojej muzyce. Można powiedzieć, że jeśli słyszało się jedną płytę Pella, to tak jakby znało się wszystkie. Wracając jednak do najnowszego kotleta, to mam wrażenie, że trochę przegiął z jego odgrzewaniem, bo wydaje się tu być trochę za mało świeżości i... Pella w Pellu. Oczywiście jak na każdym krążku, są hity. Ja jednak odczuwam spory niedosyt. Dlaczego przedobrzył? No cóż, Pell jakby na to nie patrzeć od początku porusza się i eksploatuje bardzo wąski obszar muzyczny, a każde odstępstwo od normy byłoby wielkim szokiem dla odbiorców muzyki tego pana. Czymś, co trudno byłoby mu wybaczyć. Bo przecież każda jego nowa płyta jest świętem dla fanów. Zatem powinien poruszać się po tym swoim poletku bardzo ostrożnie, prawda? No ale do rzeczy. Najpierw jak zwykle eleganckie Prelude Of Doom (Intro). Too Late jeszcze nie zapowiada niczego złego. Melodia eksploatowana w jego przypadku bodaj z milion razy, gustowne solo, ale to jest właśnie to, czego od niego oczekiwać się powinno. W przypadku Devil Zone następuje lekka konsternacja. Oczywiście podjazd pod Black Sabbath z Martinem na wokalu bardzo udany, ale do ciężkiej cholery, tego być nie powinno. Jak na ARP jest zbyt ciężko, śmiem twierdzić, że o wiele, wiele za ciężko, udawanie Iommiego temu panu zwyczajnie nie przystoi, choćby z tego prostego faktu, że Gioeli to nie Martin. Generalnie utwór jest udany, ale na usta ciśnie mi się pytanie: co Axel chciał tym nagraniem udowodnić? Że on też tak potrafi? Bez jaj, to akurat wszyscy wiedzą i nie musi tego robić na swoich płytach. Udany i jakże rockowy początek następnego w kolejce Prisoner Of Love burzy zbyt głośna gitara Mistrza. I znów konsternacja. Przecież on nigdy tak nie grał. A ja w głowie mam zaraz czerwoną lampkę i pytanie: "co on chce tu schować?" Wszystko ratuje Gioeli, no ale do cholery, już coś jest nie tak, jak być powinno. Co to takiego? A co mi tam, napiszę, będziecie mieli jeszcze jeden powód do mojej eksterminacji. Wylazła tu i spoziera chytrym okiem ta charakterystyczna dla niemieckiego metalu toporność. To jest coś niespotykanego w przypadku płyt Pella. No nic, jakoś to przełknąłem. Idźmy dalej. Dreaming Dead to jest coś, co u tego pana lubię najbardziej. A więc cholernie epicko, bardzo melodyjnie i z prawdziwie dworską elegancją. Wiecie, co się mi tu najbardziej podoba? Bardzo udany tym razem podjazd pod Heaven And Hell Black Sabbath. Czas 3:53 do końca utworu. Wszystko niemal identyko. A skoro od początku się czepiam, to i przyczepię się i tu. Sekcja, moi Drodzy, sekcja. Ciut ciszej mogło być, no... Na pocieszenie dostajemy Glory Night. Nie boję się napisać, że jest to bodaj najlepsza ballada ARP ever. No dobra, może i trochę przesadziłem (czy ma ktoś pożyczyć parę doniczek?), ale dawno nie było takiej ballady na jego płytach. Bardzo podobna w klimacie do Like A Child Again. I tym razem musicie się ze mną zgodzić. Piękny podkład klawiszy Doernberga. To w szczególności przykuwa moją uwagę. No i cudowna gitara Mistrza. Dark Waves Of The Sea (Oceans Of Time Pt. II: The Dark Side) to nic innego jak ukłon w stronę świetlanej przeszłości Pella, ale czy naprawdę nie można było wymyślić czegoś innego? Oczywiście jak przystało na tak rozbudowaną kompozycję, wszystko ma tu swoje miejsce, ale czy aby na pewno wszystko jest tak jak powinno? Bo moim zdaniem nie. Kuleje tu znów warstwa gitarowa (znów za głośno), no i ten refren. Czepiam się i czepiać się dalej będę w utworze Burning Rain. Tu już Pell przegiął. ARP to nie Rainbow i takie utwory nie powinny się pojawiać na jego płytach. Po co te oklepane motywy z amerykańskiego grania z lat '80? Znów chciał coś udowodnić? Przecież my wszyscy wiemy, że potrafi powtórzyć każdego. Utwór tylko i aż dobry. Noblesse Oblige (Opus #5 Adagio Contabile), utwór instrumentalny pomijam pogardliwym wzruszeniem ramion. Nic z niego nie zapamiętałem, a Pell nagrywał już lepsze tego typu kawałki. The End Of Our Time, obok wspomnianego Dreaming Dead jest najlepszym utworem na tej płycie. Zespół dowodzony przez Pella umiejętnie buduje napięcie, posłuchajcie punktu kulminacyjnego, posłuchajcie tej solówki. Przepiękna rzecz.
No i koniec płyty. Już? Eeeeee... no ale podsumowując. Oczywiście Axel nadal jest władcą melodyjnego heavy. Mi jednak czegoś tu zabrakło. Za mało świeżego podejścia, za dużo oglądania sie w przeszłość, zbyt głośna gitara i sekcja, za mało elegancji, tego rozpoznawalnego, epickiego, a nawet czasami i rycerskiego klimatu. Nie ma jednak tej przysłowiowej "bożej iskry" i z tego powodu The Crest traktuję jako album słabszy, choć jednak nadal bardzo dobry. Polecam... umiarkowanie. Ocena dobra.
Oficjalna strona zespołu: www.axel-rudi-pell.de
Vincent lipiec 2010
|