Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

AUTOGRAPH - Missing Pieces [1997]
Wydawca: PMI Records / Pavement Records / Point / Crash Music

  1. All Night Long
  2. Heart Attack
  3. When I’m Gone
  4. I’ve Got You
  5. One-Way Dead-End Street
  6. Sanctuary
  7. Sweet Temptation
  8. Love Comes Easy
  9. Angel In Black (demo)
  10. Turn Up The Radio (demo)
  11. Angela
Missing Pieces

Skład: Steve Plunkett - śpiew, gitara rytmiczna; Steve Lynch - gitara prowadząca; Randy Rand - gitara basowa, chórki; Keni Richards - perkusja; Steve Isham - instrumenty klawiszowe, chórki

Produkcja: Steve Plunkett

Historia tego zespołu pokazuje, że w złotych latach 80-ych nie wszyscy zdolni mieli tyle szczęścia, by móc się przebić do pierwszej ligi gwiazd. W tamtej dekadzie amerykański Autograph wydał trzy albumy (w latach 1985-87), z których tylko pierwszy i trzeci cieszyły się jako taką popularnością. Brak wsparcia ze strony macierzystej wytwórni płytowej i różne koncepcje członków grupy dotyczące jej dalszego rozwoju spowodowały, że w 1989 roku, po wydaniu kilku dem, formacja uległa rozpadowi, a jej lider i wokalista - Steve Plunkett - nagrał jeszcze płytę solową, po czym zajął się pracą producenta i komponowaniem dla innych.

Tym większym zaskoczeniem było (8 lat po zakończeniu działalności kapeli) ukazanie się wydawnictwa zatytułowanego Missing Pieces, będącego w większości zbiorem kawałków, które wcześniej nie ujrzały światła dziennego, w tym wspomnianych dem. Ryzykowne posunięcie, biorąc pod uwagę, że w owym czasie rząd dusz sprawowali niepodzielnie artyści związani ze sceną alternatywną... Ale rezultat owego posunięcia przeszedł najśmielsze oczekiwania, przynajmniej pod względem artystycznym. Jako że materiał powstał jeszcze w poprzedniej, weselszej dekadzie, brzmi tak, jakby go stworzono na przekór obowiązującym modom. Mamy tu całą masę wspaniałych melodii, łatwo zapamiętywanych riffów, chóralnych zaśpiewów w refrenach, zmyślnych solówek. Brzmienie kapeli uległo lekkiemu zaostrzeniu w stosunku do jej wcześniejszych wynurzeń, na pierwszy plan wysunięto gitary, klawiszom pozostawiając rolę tła. Nie oznacza to jednak, że muzycy nagle zaczęli grać ekstremalny metal. Nic z tych rzeczy, te piosenki dalej zachowują swój charakter. Umieszczony na początku, imprezowy All Night Long wychodzi naprzeciw oczekiwaniom fanów glam metalu. Jego przewodni motyw gitarowy może kojarzyć się z "jedynką" Winger, natomiast melodia to już typowy Autograph, taki jaki znamy z wcześniejszych krążków. Niespieszne tempo, dobra solówka i kołyszące rytmy od razu wprawiają w dobry humor. Heart Attack wita nas hammeringiem, przechodzącym w refrenie w motywy przywodzące na myśl AC/DC, które pożeniono z pracą gitary prowadzącej i melodyką w stylu Def Leppard. To połączenie wypaliło i znowu mamy do czynienia z prawdziwie zabójczym materiałem na hit. Nieco lżej jest w dwóch kolejnych numerach, bardzo "leppardowym" pod względem struktury i rytmu When I’m Gone oraz nieco wolniejszym I’ve Got You. Obydwa zagrano z klasą i zaopatrzono w chóralne refreny, rozgrzewające niczym wino w długie, jesienne wieczory. Myślę, że spokojnie mogłyby konkurować z utworami z Hysterii ekipy Elliota i spółki. Wrażenie robi zwłaszcza ten drugi, w którym staccato gitary prowadzącej w zwrotce ustępuje stadionowemu wręcz rozwinięciu w refrenie. W One-Way Dead End Street zespół powraca do zabawowego glam metalu. Tutaj warte wyróżnienia są przejścia ze zwrotki do refrenu oraz pomysłowe solo Steve’a Lyncha, natomiast sama aranżacja znowu pachnie dokonaniami wczesnego Winger, czy też Warrant. Rockandrollowe Sanctuary, zaczynające się chórkiem jakby wyjętym z piosenek Bon Jovi, powinno być jednym z największych przebojów lat 90-ych. Sprawiają to zwłaszcza: zawadiacka melodia w zwrotce i niesamowicie chwytliwy przedrefren, po którym następuje wbijający się w głowę wykrzykiwany motyw w refrenie. Co tu gadać, mistrzostwo świata w party rocku. Dla odmiany Sweet Temptation to wycieczka w rejony AOR-owe, dzięki mocno zaznaczonym gitarom i perkusji nieodległe od twórczości Coney Hatch. Czuć tutaj radość grania, specyficzny napęd i po prostu dobrze skomponowaną melodię. Doskonałym przykładem wysmakowanego AOR-u jest również Love Comes Easy, w którym warto zwrócić uwagę na współpracę gitar i klawiszy (świetny pomysł z "dzwonkami") i kolejny już, chóralny, "leppardowy" refren. No i dochodzimy do Angel In Black. Ten utwór Autograph skomponował już w latach 80-ych, początkowo jako demo, a następnie został on zcoverowany przez Bangalore Choir i jest najbardziej znany w tamtej, dość ostrej wersji. Wersja Autograph jest łagodniejsza, za to zaopatrzona w lepszy przewodni motyw gitarowy. A sama kompozycja - nieprawdopodobnie chwytliwa. Przy tej melodii można tańczyć, śpiewać, wyć do księżyca (niepotrzebne skreślić). Turn Up The Radio to oczywiście pierwotna, surowa wersja najpopularniejszego przeboju kwintetu. Trochę mniej klarowna od tej oficjalnej, ale zagrana tappingiem niezła solówka została. Na samym końcu zamieszczono jeszcze snujący się w średnim tempie numer Angela, będący sentymentalną podróżą do wczesnych lat kariery formacji. Przyznam, że na tle poprzedników wypada zaledwie poprawnie, choć trudno mu cokolwiek zarzucić. Zaś jedyne, co można zarzucić albumowi jako całości, to nie najlepsza produkcja (co powinno być jednak zrozumiałe, gdyż część tych piosenek to po prostu dema).

Za każdym razem, kiedy słucham Missing Pieces, przypomina mi się amerykańskie porzekadło, które brzmi: "najlepsze zostaw na koniec". Ta płyta dosłownie deklasuje wszystkie wcześniejsze dokonania Autograph; osobiście stawiam ją na jednej półce z najbardziej znanymi krążkami Def Leppard. Wypada tylko żałować, że kariera Plunketta i spółki nie potoczyła się inaczej…

Oficjalna strona Steve'a Lyncha: www.stevelynch.info

Hardlover
październik 2009