Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ATKINS / MAY PROJECT - Serpent's Kiss [2011]
Wydawca: Gonzo Media Group / Record Heaven

  1. The Shallowing
  2. Traitors Hand
  3. Dream Maker
  4. Can You Hear Me?
  5. Signz
  6. Fight
  7. Judge
  8. Betta Than Twisted
  9. Cold Gin (KISS cover)
  10. Theatre Of Fools
Serpent's Kiss

Skład: Al Atkins - śpiew; Paul May - gitary

Produkcja: Paul May

Jest wreszcie zapowiadany i długo wyczekiwany krążek panów Ala Atkinsa i Paula Maya. Zestawienie jest o tyle ciekawe, że obaj absztyfikanci pochodzą z różnych światów. Ten pierwszy to były wokalista Judas Priest oraz Holy Rage, współautor takich przebojów jak Dreamer Deceiver i Victim Of Changes. Wydał 6 płyt solowych. Drugi to chrześcijański gitarzysta, obecny członek zespołu Temple Dogs i autor pokaźnej liczby płyt (50, o ile dobrze pamiętam). Mieszanka rzec można wybuchowa. Udało im się jednak stworzyć album, który równie dobrze mógłby ukazać się gdzieś w okolicach lat '80 ubiegłego wieku. Ciekawie więc zapowiadała się współpraca obu tych panów.

Na Serpent's Kiss obaj zaprezentowali dawkę mocnego, heavy metalowego grania. Tu i ówdzie bardzo surowa produkcja i zaskakujące, speedowe zagrywki Maya, wyjęte z najlepszych płyt kanadyjskiego Exciter, naprawdę mogą robić doskonałe wrażenie. Do tego bardzo melodyjne i jakże dopasowane solówki położone na całość utworów mogą przyprawiać o zawrót głowy. Tak więc Venom spotyka się z Exciter na piwie. W skrócie, powstaje "bardzo zła płyta", której jednak z ogromną przyjemnością się słucha. Ciekawie położone są wokale Atkinsa. Śpiew nieco jakby obok reszty instrumentów, ale wciągający, intrygujący i taki nieco tajemniczy. Al śpiewa nisko, pewnie i doskonale wpasowuje się wokalem w ścianę dźwięku produkowaną przez Maya i resztę instrumentalistów. Tak więc na początek bardzo dobre intro The Shallowing. Wolno, majestatycznie i dostojnie rozpoczyna się ta płyta, by przejść w thrashową ścianę dźwięków, bezlitośnie atakując uszy słuchacza gitarowym jazgotem i mocnym, znakomitym wejściem Atkinsa. Proszę posłuchać, jak znakomicie współpracuje z nim May. Nie tylko gna ze swoimi riffami na złamanie karku, ale produkuje całą masę znakomitych solówek, którymi ozdabia całość. Pod koniec ścieżki wszystko zwalnia, znów robi się klimatycznie i dostojnie. Nie na długo jednak, bo zaraz potem obaj znów atakują w Traitors Hand. No, jeśli mamy tak mocny tytuł, to i utworek musi być taki sam. Panowie nie biorą tu jeńców, a thrashowa wściekłość, którą demolują swojego odbiorcę, musi budzić nie tylko podziw, ale i szacunek. Na uwagę zasługują znakomite solówki, jakby żywcem wyjęte z pierwszych albumów Metalliki. Myślę, że sam Hammet pokiwałby z uznaniem głową. Może nawet by się zawstydził, bo sam już takich solówek zbyt często nie gra. W Dream Maker mamy już nieco więcej heavy metalu. Może i taki metal gra się na wyspach już od lat, ale gra Maya z pewnością zasługuje tu na uwagę, z tym, że nie wysuwa się on tu przed szereg. Gra co prawda bardzo dużo i cholernie indywidualnie, warstw gitar jest tu na pewno co najmniej kilka, ale nadal współpracuje on z Atkinsem bez zarzutu. Najciekawsze jest w kolejnym Can You Hear Me?. Znakomity, bardzo niepokojący numer. Sporo w tym ciepłej, rockowej barwy dźwięków, ale tak skomponowanych kawałków zbyt często się nie słyszy. I ten wokal Ala. No, wczuł się tu facet w nastrój całości i zaśpiewał bez pudła. Trzeba przyznać, że obaj panowie znakomicie poradzili sobie w tym wałku. Stworzyli aurę tajemniczości, niepewności i zagrożenia. May położył znakomite gitary, Atkins z kolei swoje wokale dopasował tak, by ani na moment nie odstawały od nastroju całości. Podobać się może następny w kolejce Signz. Bardzo wolny, wręcz walcowaty i miażdżący na cienką bibułkę heavy metalowy numer, ze znakomicie pomyślanym refrenem. Proszę posłuchać tego złowieszczego tekstu. I pomyśleć, że głównym sprawcą dźwięków jest tu chrześcijański gitarzysta. May stworzył na tej płycie zło w czystej postaci. Nie ma chyba wielu takich płyt, gdzie muzykom udaje się osiągnąć taki efekt. Oczywiście nie mogło zabraknąć tu czegoś na miarę utworów Judas Priest. Tu mamy krótko i mocno zatytułowany Fight. Tak się zastanawiam, jakby tu zabrzmiał Halford zamiast Atkinsa. Śmiem przypuszczać, że nie będący ostatnio w formie Rob zwyczajnie usiłowałby zrobić z tego coś na modłę "hitów" JP i zwyczajnie spieprzyłby całość. Podobać się mogą także solówki, duet Tipton-Downing mógłby się z pewnością zawstydzić, bo obaj od dawna tak nie grają i chyba grać już tak nie potrafią. Podobny w swej wymowie i judasowskiej manierze, choć może nie do końca, jest także Judge. May znów wymyślił znakomite riffy i ozdobił całość solówkami, a Atkins, takim nieco zrezygnowanym i zmęczonym głosem dokończył całość. Nie wiem, czy taki był zamierzony efekt, jeśli tak, to wypadło to znakomicie. A jeśli tego mało, to proszę zwrócić uwagę na znakomity efekt stereo, gdy May gra swoje solówki, na płynne przechodzenie dźwięków z głośnika na głośnik, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Obaj absztyfikanci nie odpuszczają i atakują słuchacza w kolejnym na CD Betta Than Twisted. Znów utwór nieco niepokojący, jest tu coś z metallikowego nastroju niektórych nagrań z Load czy Reload. Oczywiście całość jest na wskroś heavy metalowa i wstydu autorom z pewnością nie przynosi. Może i nieco sztampowy, fakt, ale w całość krążka wkomponowany bardzo dobrze. Dalej mamy zaskoczenie w postaci nowej wersji utworu Cold Gin. Niektórzy z Was mogą zapewne kojarzyć ten numer z wykonania misiów panda i rock 'n' rollowych pisanek z KISS. Atkins i May przerobili ten kawałek na swoją modłę, tak by nie odstawał od całości płyty. Może na pierwszy odsłuch nie wszyscy się połapią i odgadną, o co chodzi. Gdy się jednak wsłuchać, to można wyłapać charakterystyczny styl Paula Stanleya. Na koniec Wielki Finał w postaci Theatre Of Fools. Świetnie pomyślany i skomponowany numer, utrzymany w średnim tempie, z niepokojącymi gitarami, rzewną solówką na początku kawałka i zrezygnowanymi wokalami Atkinsa. Al znów opowiada kolejną, ponurą historię, a May swoją grą tworzy specyficzny, nie do pomylenia z żadnym innym, nastrój. Uwagę zwraca tu jeszcze znakomita, gitarowa galopada i marszowe tempo aż do końca ścieżki i końca płyty. W ogóle jeśli chodzi o teksty na tym CD, to są one doskonale wpasowane w muzykę, a gdyby wyjąć fragmenty liryków z poszczególnych utworów, to zapewne co bardziej wrażliwi nie mogliby w nocy długo spać. Wszakże już na samym początku ostrzegałem, że to jest bardzo zła płyta, wręcz tym złem przesiąknięta.

Krążek, na który warto było czekać i który z pewnością znajdzie wielu zwolenników. Można czepiać się brudnego brzmienia, ale w dobie wycyzelowanego, sterylnego parcia na brzmienie takich płyt wyczekuje się wręcz z utęsknieniem. No, bo ile można słuchać krystalicznego brzmienia i rzewnych tekstów o miłości i kochaniu? To zostawmy power metalowym rycerzykom, smokom i księżniczkom uwięzionym w wieżach. Tu mamy brud, zło, zabójcze gitarowe pościgi, znakomite melodie i doskonale wpasowany w to wszystko wokal Ala Atkinsa. Na takie propozycje zawsze warto czekać. Z tego też względu ja nie mam się tu do czego przyczepić i z czystym, o przepraszam - brudnym sumieniem, stawiam tej płycie notę 10/10. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.atkinsmayproject.com

Vincent
styczeń 2012