|
Skład: Al Atkins - śpiew; Paul May - gitary
Produkcja: Paul May
Jest wreszcie zapowiadany i długo wyczekiwany krążek panów Ala Atkinsa i Paula Maya. Zestawienie jest o tyle ciekawe, że obaj absztyfikanci pochodzą z różnych światów. Ten pierwszy to były wokalista Judas Priest oraz Holy Rage, współautor takich przebojów jak Dreamer Deceiver i Victim Of Changes. Wydał 6 płyt solowych. Drugi to chrześcijański gitarzysta, obecny członek zespołu Temple Dogs i autor pokaźnej liczby płyt (50, o ile dobrze pamiętam). Mieszanka rzec można wybuchowa. Udało im się jednak stworzyć album, który równie dobrze mógłby ukazać się gdzieś w okolicach lat '80 ubiegłego wieku. Ciekawie więc zapowiadała się współpraca obu tych panów.
Na Serpent's Kiss obaj zaprezentowali dawkę mocnego, heavy metalowego grania. Tu i ówdzie bardzo surowa produkcja i zaskakujące, speedowe zagrywki Maya, wyjęte z najlepszych płyt kanadyjskiego Exciter, naprawdę mogą robić doskonałe wrażenie. Do tego bardzo melodyjne i jakże dopasowane solówki położone na całość utworów mogą przyprawiać o zawrót głowy. Tak więc Venom spotyka się z Exciter na piwie. W skrócie, powstaje "bardzo zła płyta", której jednak z ogromną przyjemnością się słucha. Ciekawie położone są wokale Atkinsa. Śpiew nieco jakby obok reszty instrumentów, ale wciągający, intrygujący i taki nieco tajemniczy. Al śpiewa nisko, pewnie i doskonale wpasowuje się wokalem w ścianę dźwięku produkowaną przez Maya i resztę instrumentalistów. Tak więc na początek bardzo dobre intro The Shallowing. Wolno, majestatycznie i dostojnie rozpoczyna się ta płyta, by przejść w thrashową ścianę dźwięków, bezlitośnie atakując uszy słuchacza gitarowym jazgotem i mocnym, znakomitym wejściem Atkinsa. Proszę posłuchać, jak znakomicie współpracuje z nim May. Nie tylko gna ze swoimi riffami na złamanie karku, ale produkuje całą masę znakomitych solówek, którymi ozdabia całość. Pod koniec ścieżki wszystko zwalnia, znów robi się klimatycznie i dostojnie. Nie na długo jednak, bo zaraz potem obaj znów atakują w Traitors Hand. No, jeśli mamy tak mocny tytuł, to i utworek musi być taki sam. Panowie nie biorą tu jeńców, a thrashowa wściekłość, którą demolują swojego odbiorcę, musi budzić nie tylko podziw, ale i szacunek. Na uwagę zasługują znakomite solówki, jakby żywcem wyjęte z pierwszych albumów Metalliki. Myślę, że sam Hammet pokiwałby z uznaniem głową. Może nawet by się zawstydził, bo sam już takich solówek zbyt często nie gra. W Dream Maker mamy już nieco więcej heavy metalu. Może i taki metal gra się na wyspach już od lat, ale gra Maya z pewnością zasługuje tu na uwagę, z tym, że nie wysuwa się on tu przed szereg. Gra co prawda bardzo dużo i cholernie indywidualnie, warstw gitar jest tu na pewno co najmniej kilka, ale nadal współpracuje on z Atkinsem bez zarzutu. Najciekawsze jest w kolejnym Can You Hear Me?. Znakomity, bardzo niepokojący numer. Sporo w tym ciepłej, rockowej barwy dźwięków, ale tak skomponowanych kawałków zbyt często się nie słyszy. I ten wokal Ala. No, wczuł się tu facet w nastrój całości i zaśpiewał bez pudła. Trzeba przyznać, że obaj panowie znakomicie poradzili sobie w tym wałku. Stworzyli aurę tajemniczości, niepewności i zagrożenia. May położył znakomite gitary, Atkins z kolei swoje wokale dopasował tak, by ani na moment nie odstawały od nastroju całości. Podobać się może następny w kolejce Signz. Bardzo wolny, wręcz walcowaty i miażdżący na cienką bibułkę heavy metalowy numer, ze znakomicie pomyślanym refrenem. Proszę posłuchać tego złowieszczego tekstu. I pomyśleć, że głównym sprawcą dźwięków jest tu chrześcijański gitarzysta. May stworzył na tej płycie zło w czystej postaci. Nie ma chyba wielu takich płyt, gdzie muzykom udaje się osiągnąć taki efekt. Oczywiście nie mogło zabraknąć tu czegoś na miarę utworów Judas Priest. Tu mamy krótko i mocno zatytułowany Fight. Tak się zastanawiam, jakby tu zabrzmiał Halford zamiast Atkinsa. Śmiem przypuszczać, że nie będący ostatnio w formie Rob zwyczajnie usiłowałby zrobić z tego coś na modłę "hitów" JP i zwyczajnie spieprzyłby całość. Podobać się mogą także solówki, duet Tipton-Downing mógłby się z pewnością zawstydzić, bo obaj od dawna tak nie grają i chyba grać już tak nie potrafią. Podobny w swej wymowie i judasowskiej manierze, choć może nie do końca, jest także Judge. May znów wymyślił znakomite riffy i ozdobił całość solówkami, a Atkins, takim nieco zrezygnowanym i zmęczonym głosem dokończył całość. Nie wiem, czy taki był zamierzony efekt, jeśli tak, to wypadło to znakomicie. A jeśli tego mało, to proszę zwrócić uwagę na znakomity efekt stereo, gdy May gra swoje solówki, na płynne przechodzenie dźwięków z głośnika na głośnik, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Obaj absztyfikanci nie odpuszczają i atakują słuchacza w kolejnym na CD Betta Than Twisted. Znów utwór nieco niepokojący, jest tu coś z metallikowego nastroju niektórych nagrań z Load czy Reload. Oczywiście całość jest na wskroś heavy metalowa i wstydu autorom z pewnością nie przynosi. Może i nieco sztampowy, fakt, ale w całość krążka wkomponowany bardzo dobrze. Dalej mamy zaskoczenie w postaci nowej wersji utworu Cold Gin. Niektórzy z Was mogą zapewne kojarzyć ten numer z wykonania misiów panda i rock 'n' rollowych pisanek z KISS. Atkins i May przerobili ten kawałek na swoją modłę, tak by nie odstawał od całości płyty. Może na pierwszy odsłuch nie wszyscy się połapią i odgadną, o co chodzi. Gdy się jednak wsłuchać, to można wyłapać charakterystyczny styl Paula Stanleya. Na koniec Wielki Finał w postaci Theatre Of Fools. Świetnie pomyślany i skomponowany numer, utrzymany w średnim tempie, z niepokojącymi gitarami, rzewną solówką na początku kawałka i zrezygnowanymi wokalami Atkinsa. Al znów opowiada kolejną, ponurą historię, a May swoją grą tworzy specyficzny, nie do pomylenia z żadnym innym, nastrój. Uwagę zwraca tu jeszcze znakomita, gitarowa galopada i marszowe tempo aż do końca ścieżki i końca płyty. W ogóle jeśli chodzi o teksty na tym CD, to są one doskonale wpasowane w muzykę, a gdyby wyjąć fragmenty liryków z poszczególnych utworów, to zapewne co bardziej wrażliwi nie mogliby w nocy długo spać. Wszakże już na samym początku ostrzegałem, że to jest bardzo zła płyta, wręcz tym złem przesiąknięta.
Krążek, na który warto było czekać i który z pewnością znajdzie wielu zwolenników. Można czepiać się brudnego brzmienia, ale w dobie wycyzelowanego, sterylnego parcia na brzmienie takich płyt wyczekuje się wręcz z utęsknieniem. No, bo ile można słuchać krystalicznego brzmienia i rzewnych tekstów o miłości i kochaniu? To zostawmy power metalowym rycerzykom, smokom i księżniczkom uwięzionym w wieżach. Tu mamy brud, zło, zabójcze gitarowe pościgi, znakomite melodie i doskonale wpasowany w to wszystko wokal Ala Atkinsa. Na takie propozycje zawsze warto czekać. Z tego też względu ja nie mam się tu do czego przyczepić i z czystym, o przepraszam - brudnym sumieniem, stawiam tej płycie notę 10/10. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.atkinsmayproject.com
Vincent styczeń 2012
|