|
Skład: Arthur Falcone - gitary elektryczne i akustyczne; Piero Pattay - śpiew; Denis Baselli - gitara basowa; Giovanni Angiolin - perkusja; Stefano Alessandrini - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Göran Edman - śpiew w [4]; Titta Tani - śpiew w [2, 3, 7, 10]; Mystheria - instrumenty klawiszowe; Manuel Staropoli - flet
Produkcja: Arthur Falcone
Ritchie Blackmore's Rainbow, Yngwie J. Malmsteen's Rising Force, Arthur Falcone' Stargazer... i wszystko jasne. To jest jak swego rodzaju saga podjęta najpierw przez Blackmore'a, którą kontynuował natchniony nim Malmsteen, a teraz rzuconą rękawicę podniósł włoski gitarzysta Arthur Falcone. Nie da się ukryć, że Włoch podchodzi do tematu z pasją i przede wszystkim czuje, to co robi, dlatego też jego dzieło, The Genesis Of The Prophecy to jedna z pawdziwych pereł ostatnich lat.
Falcone został okrzyknięty przez branżową prasę m. in. w takich krajach jak Japonia, USA i Niemcy "jednym z najlepszych włoskich gitarzystów". Swą przygodę z gitarą Arthur rozpoczynał w wieku lat 17 (co ciekawe, wielu muzykow zaczynało licząc sobie tyleż lat), ucząc się wtedy poprzez granie ze słuchu solówek Deep Purple (podobnie jak Malmsteen, którego też Falcone naśladuje). Wpływ na kształtowanie się jego stylu gry mieli poza Malmsteenem i Blackmorem także tacy mistrzowie wiosła jak Van Halen, Michael Schenker i Steve Morse. W ciągu swej kariery przewinął się przez kilka hard rockowych zespołów, w tym Halloween, Devil's Claws, Foxy Lady i La Rox. Zdarzyło mu sie grać obok Vinniego Moore'a w 1997 r. podczas specjalnie organizowanych gitarowych klinik, rok później jego grupa jako gość specjalny supportowała Deep Purple na ich koncercie w Trieście. Wśród innych ważnych wydarzeń z życia artysty można wymienić jeszcze występ u boku formacji Johna Lawtona, wokalisty bardziej znanego z Uriah Heep. Po latach udzielania się jako muzyk sesyjny Arthur został też nauczycielem i obecnie uczy grać na gitarze w The House Of Music w Trieście i sporadycznie również w Roland School w Gorizii. Sporym sukcesem Falconego było wydanie solowego albumu w 1998 r. nakładem wytwórni Virtuoso Records, który nosił tytuł Stargazer. Nazwa ta zainspirowała powstanie w 2004 r. grupy Stargazer (wybór niezbyt fortunny, gdyż szyld ten dzierżą już dwie inne kapele), którą Falcone powołał na wzór blackmore'owego Rainbow i malmsteenowego Rising Force. Wydany w 2009 r. krążek The Genesis Of The Prophecy silnie nawiązuje do takiej stylistyki, prezentując słuchaczowi typowy neoklasyczny hard rock z elementami heavy/power metalu, chociaż do grona inspiracji można też śmiało dodać Symphony X i Stratovarius. Całość uświetniają swoimi aparencjami zaproszeni goście, mianowicie dobrze znany wszystkim Göran Edman (m. in. Yngwie Malmsteen, John Norum, Brazen Abbot, Glory, Vindictiv), wokalista Titta Tani (DGM, Daemonia), klawiszowiec Mystheria (Bruce Dickinson, Rob Rock, Neil Zaza) i Manuel Staropoli (Rhapsody Of Fire) grający tutaj na flecie. Płytę rozpoczyna seria grzmotów, po której następuje seria gitarowych zagrywek ułożona na wzór pomysłów Blackmore'a i tak oto wygląda The Elf's Castle, czyli tzw. zwyczajowe intro. Na dalszy ogień idzie Free Souls, które nie pozostawia juz żadnych złudzeń, co do kierunku w jakim podąża Falcone. To brzmi dokładnie jak jakiś przez przypadek zapomniany numer Yngwiego, gdzieś z czasów pomiędzy płytami Trilogy a Odyssey. Że nie wspomnę o głosie wokalisty ( w tej roli gościnnie Titta), który swą barwą wbija się gdzieś pomiędzy Boalsa a Turnera. The Great Prophecy to mieszanka neoklasyki z hard rockiem, znów daje się we znaki stara, dobra szkoła grania Blackmore'a. Nawiązania do Rainbow są tu oczywiste, nawet do tego wcielenia ekipy Ritchiego z połowy lat '90 (i to jest doskonały powód do tego, by również przypomnieć sobie Stranger In Us All). Patentów malmsteenowskich też tu cała masa; przeplatają się one ze spuścizną Blackmore'a. Sugerując się wstępem do Nothing More For Me wydawać by się mogło, że będzie to ballada, cóż, niekoniecznie. To raczej wolny hard rockowy kawałek, fakt że bardzo klimatyczny. Za mikrofon chwycił kolejny z gości - Göran Edman, stąd i pewne skojarzenia z twórczością tego pana z epoki bytności u wielkiego Yngwiego są nieuniknione. Wysoka forma wokalna Edmana jest bezdyskusyjna, kto nie wierzy, niech posłucha tego nagrania, lub zaopatrzy się w płyty Vindictiv. W podkładach gitarowo nie dorównuje wprawdzie poprzednikom The Hidden Self, na szczęście pod względem wokalnym jest to wciąż ścieżka wysokiej próby. Solówka umieszczona standardowo w drugiej połowie kompozycji powinna natomiast ucieszyć wszystkich maniaków neoklasycznego grania. Zadziorny hard rockowy riff i rusza z kopyta A Stranger In My Dreams. To nagranie jest szybsze od poprzedników, może trącać nawet o power metal, lecz nie taki współczesny, a taki typowo malmsteenowski właśnie. Za dużo takich utworów słyszałem, by popadać nad nimi w zachwyt, ale muszę dodać, że z racji jego "archaiczności" bezboleśnie trafia on w moje uszy. W środku mamy pewnego rodzaju niespodziankę - serię eleganckich zagrywek wygenerowanych klangiem na basie - rzadka to rzecz w nagraniach z gatunku hard rocka, nawet jak na dzisiejsze czasy. To idzie grupie na plus, bo nie ogranicza się li tylko do kopiowania klasyki. Ballady są niemal stałym punktem programu, gdy brać pod uwagę wydawnictwa hard rockowe, toteż tutaj mamy Sunset. Gitary akustyczne, akompaniament fletu, generalnie bardzo nastrojowo. Nieco na wzór malmsteenowski wprawdzie, chociaż wokalnie stylistyka odchodzi w odrobinę innym kierunku. Powrót do rzeczy ostrzejszych mamy wraz z Don't Fade Away (Noble Spirit). Krzyżują się tu wpływy Yngwiego z dokonaniami Axela Rudiego Pella, ciężkie hardrockowe riffy przeplatają się od czasu do czasu z delikatniejszymi liniami wokalnymi. Kolejny kawałek bez zarzutu. Instrumentalne Thunderbolt to z kolei pozycja z gatunku heavy/power metal, której nie powstydziłyby się HammerFall czy Pretty Maids, z tym że oczywiście nie obyło się i tu bez romansowania z neoklasyką. Numer szybki, pędzący do przodu, choć strukturalnie prostszy, zresztą nie pierwszy to raz, kiedy przy szybszym graniu budowa kompozycji nieco na tym traci. Początek Rise Beyond Pain jest bardzo eksperymentalny, natomiast z jej środkiem to już jest różnie. Dużo się tu dzieje, lecz nie ma się co dziwić, nagranie trwa ponad 13 minut. Da się wyczuć ukłony w kierunku metalu progresywnego w klimatach Symphony X i Vindictiv, są też nawiązania do twórczości Yngwiego z okresu, gdy mikrofon dzielnie obsługiwał Michael Vescera. Lubię takie patenty, choć nieprzyzwyczajonych do takiej stylistyki muszę ostrzec, że nie dla każdego jest to łatwo strawne. The Second Eclipse to hołd złożony instrumentalnym utworom Rainbow typu Snowman. Mniej patentów Malmsteena, więcej Blackmore'a, choć to wciąż ta sama neoklasyczna nuta, tyle że z domieszką bluesowego feelingu. Europejska publiczność dostaje jeszcze jeden numer bonusowy w postaci instrumentalnego Virtual Lake i bardzo dobrze, bo to zacne nagranie. Może nie jest jakieś odkrywcze na tle całego krążka, ale stanowi jego zgrabne dopełnienie. Po prostu jeszcze jedna pozycja dla miłośników wirtuozyjnych popisów na nutę neoklasyczną.
Fani Rainbow i płyt Yngwiego Malmsteena z połowy lat '80 mogą album zakupić w ciemno. Arthur Falcone nie jest tylko ślepym naśladowcą Blackmore'a i Malmsteena, on dokonał częgoś więcej - udało mu się wskrzesić ducha tamtego okresu. Kiedy słucha się tego wydawnictwa, aż trudno uwierzyć, że powstało współcześnie, bo brzmi dokładnie tak, jak klasyczne hard rockowe krążki (domyślam się, że do nagrań użyto sprzętu analogowego). Płyta na półkach sklepowych nie leży, warto jednak poszukać jej u sprzedawców internetowych. Polecam.
Oficjalna strona artysty: www.arthur-falcone.it
Oficjalna strona artysty na MySpace: www.myspace.com/arthurfalconemusic
Guitarrizer listopad 2009
|