Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ARIA - Feniks [2011]
Wydawca: Aria Records / Soyuz

  1. Чёрный квадрат (Black Square)
  2. Равновесие сил (The Balance Of Powers)
  3. История одного убийцы (Perfume: The Story Of A Murderer)
  4. Чёрная легенда (Black Legend)
  5. Бои без правил (Fights Without Rule)s
  6. Феникс (Phoenix)
  7. Симфония огня (Symphony Of Fire)
  8. Аттила (Attila)
  9. Дальний свет (Distant Light)
  10. Реквием (Requiem)
Feniks

Skład: Michaił Żytniakow - śpiew; Władimir Hołstinin - gitary; Siergiej Popow - gitary; Witalij Dubinin - gitara basowa, chórki; Maksim Udałow - perkusja

Produkcja: Tommy Hansen

Długo, bo aż 5 lat kazali fanom czekać najbardziej znani, rosyjscy heavy metalowcy z zespołu Aria na swój nowy album, ostatni studyjny wypiek ukazał się bowiem w październiku 2006 roku. LP Armageddon zbierał pochlebne recenzje i oczekiwania były naprawdę spore. Tymczasem czas mijał i nic. Czyżby to taka swoista "moda" wśród zespołów? Większość "starych" grup już powiedziała, co najlepsze miała do powiedzenia i z czasem przychodzi im trudniej nagrywanie i wydawanie nowych krążków.

Może to po prostu wygodnictwo? Na płytach pewnie dużo nie zarabiają, na koncerty ludzie przychodzą, więc... po co? Sporą częścią składową tego stanu jest zbieranie pomysłów, odejścia i przyjścia muzyków, wreszcie wszystkim znana proza codzienności. Mówiło się, że nowy krążek ukaże się w roku 2010, tymczasem nic się nie działo. Dopiero gdzieś w okolicach lipca bieżącego roku gruchnęła wieść, że nowa studyjna płyta zespołu Aria będzie się nazywać Feniks i zostanie ona wydana na początku jesieni tego roku. Co prawda nie ujawniono jeszcze wtedy ani okładki ani listy nagrań, ale wieść o tym, że w końcu nowe dzieło ujrzy światło dzienne, nastrajała optymistycznie. Niecierpliwość podsycały ujawnione wcześniej próbki utworów ze studia. Do tego okazało się, że na nowej płycie zaśpiewa najnowszy nabytek w osobie wokalisty. Personalia owego absztyfikanta utrzymywane były w najgłębszej tajemnicy. Poprzedni krzykacz, pan Bierkut wyleciał z zespołu na zbity pysk. To, że nowy wokalista zrealizuje partie wokalne, było raczej do przewidzenia, gdyż na wspomnianych klipach ze studia Artura Bierkuta nie było widać. Wreszcie formacja sama potwierdziła tę informacjeęw stosownym komunikacie. Jak napisałem wyżej, potwierdziły się również przypuszczenia, że na nowym LP zaśpiewa zupełnie inny wokalista. Ujawniono wtedy również tytuł płyty i datę jego orientacyjnego wydania. Wstępnie premierę ustalono na październik. Gdy wreszcie ujawniono okładkę i fragmenty gotowych utworów, wiedziałem, że źle nie będzie i warto czekać na całość. Co prawda ostatecznie zamiast 12 planowanych kawałków na wydawnictwie jest ich 10, ale to w zupełności wystarczy. W końcu panowie przedstawili personalia nowego siatkowego, jest nim Michaił Żytniakow. Premiera nowego dzieła została ustalona na 5 października. Płyta zostanie wydana nakładem wytwórni СОЮЗ (SOJUZ) i będzie dystrybuowana na terenie Federacji Rosyjskiej i Państw WNP. Tak sobie słucham całości i zupełnie nie mam pomysłu co napisać. Najchętniej zamknąłbym recenzję dwoma słowami: świetna płyta. I wybaczcie, ale mam tylko jedno skojarzenie i to z nie byle jakim zespołem i nie byle jaką płytą. Feniks odradza się z popiołu, to tak jakby powstawał zupełnie nowy świat. Czy już wiecie, co chcę powiedzieć? Ktoś może stwierdzić, że rżnę głupa, że mi odbiło i że to świętokradztwo porównywać płytę rosyjskiego zespołu do płyty Brytoli z Iron Maiden. Ja jednak będę upierać się przy swoim stanowisku. Tym bardziej, że w wielu fragmentach tego krążka aż pachnie dokonaniami Dziewicy. Wszak nie bez powodu Aria nazywana jest rosyjskim odpowiednikiem ekipy Stefka Harrisa. Tak czy owak, zespół ten podniósł się po raz kolejny i znów udowodnił, że niestraszna im zmiana kluczowego elementu, jakim przecież jest wokalista. To już trzecia zmiana, przecież najpierw odszedł Kipelov, potem Artur Bierkut. Ten drugi wzorem swojego poprzednika postanowił założyć własną grupę, którą, a jakże, firmuje własnym nazwiskiem. No cóż, pożyjemy i zobaczymy, czy Arturowi uda się przebić solo, czy też może tak jak Walery Kipelow - zamilknie na długie lata, który wydał w tym czasie zaledwie jedną płytę. Rzecz jasna, jak wielu fanów Arii, byłem pełen obaw co do tego, jak wypadnie nowy, właściwie nikomu nieznany gardłowy. Co prawda dostępne były wcześniej próbki jego popisów na YouTube, ale to nie zaspokajało mojej ciekawości ani też niepokoju. Tymczasem okazuje się, że Michaił wypada na tyle dobrze, że zbrodnią byłoby nie zatrudnić go za sitkiem i nie nagrać z nim płyty. Wszyscy chyba też zgodzą się ze mną, że jest to swego rodzaju nowe życie tej grupy. Bo choć Feniks to płyta na wskroś heavy metalowa, to pełno tu wysmakowanych brzmień, eksperymentów, zabiegów z tempem i zabawy dźwiękami. Zaryzykuję stwierdzenie, że to album niemal progresywny. Całość wrażeń dopełniają maidenowskie solówki, znakomite, mocne gitary i potężnie brzmiąca sekcja. Na początek zaskakujący, elektroniczny wstęp do pierwszego utworu. Wybaczcie, ale będę tu używał anglojęzycznych tytułów ścieżek. Tak więc na początek Black Square. Bardzo dobry, maidenowski kawałek, bardzo charakterystyczny dla Arii, to jest coś, co robili oni od początku swego istnienia. A Michaił brzmi tu jak wypisz-wymaluj Kipelow właśnie. Nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało. Z kolei pierwszej solówki nie powstydziłby się sam wielki Adrian Smith. Zresztą obydwie brzmią tu jakby wyjęto je z utworów Iron Maiden. The Balance Of Powers zaskakuje swoim "hammerfallowskim" klimatem. No, ciekawe czy Cans i spółka nie mieliby się z pyszna słuchając tego numeru. Oto jak powinno się konstruować ciekawe i motoryczne kawałki. Utytułowanych kolegów zawstydził zespół z dalekiej Rosji. Wielkie brawa! Zastanawiam się, jak zabrzmiałby tu wokalista Hammerfall. Śmiem twierdzić, że będąc w formie zwyczajnie by tu zdemolował i tyle. Powód do wstydu mają także nie będący ostatnio w formie wioślarze tego szwedzkiego bandu. I to pod każdym względem. Pora na pierwsze zaskoczenie: klimatyczny i bardzo epicki w swej wymowie i wykonaniu The Story Of A Murderer. Takich kawałków można było jak dotąd posłuchać tylko na Brave New World skądinąd znanego zespołu. Posłuchajcie, jak ekipa buduje napięcie, umiejętnie dozując je prostymi środkami. Duże brawa należą się producentowi, który doskonale zachował proporcje między instrumentami i wokalem. Nikt tu nie pcha się przed szereg, wszystko pięknie słychać. Pozostaje delektować się opowiadaną w tekście historią mordercy i wsłuchiwać się w nabierający mocy kawałek. Świetnie wypadła zmiana tempa, to przyspieszenie naprawdę może się podobać, tak jak znów stricte maidenowsko grające unisono gitary. No i ten fenomenalny Michaił... Black Legend wyróżnia się ładnie wplecionymi partiami pianina, czy też klawiszy. Warty uwagi jest refren tego numeru. Jako do całości po raz kolejny nie ma się do czego przyczepić. Bardzo dobry, heavy metalowy kawałek, utrzymany w średnim tempie. Bardzo dobre, ciężkie gitary, pewnie śpiewający wokalista i miażdżąca sekcja. To jednak nie koniec. Mamy tu ciekawe, akustyczne zwolnienie. Doprawdy sporo się dzieje na tym albumie. Potem mamy znów zmianę, tym razem do ciężkiego grania i koniec. Fights Without Rules był znany fanom już znacznie wcześniej, został opublikowany jako internetowy singiel już we wrześniu bieżącego roku. To nagranie znów pokazywanie Szwedom z Hammerfall, gdzie ich miejsce i jak się robi bardzo dobre, przebojowe kawałki. Takich numerów oni już nie robią, a szkoda, bo nikt by ich za to nie zganił. Ładnie przemycono tu maidenowskie zagrywki, co sprawia, że robi się jeszcze ciekawiej. A Żytniakow już nie tylko swobodnie śpiewa "pod" Kipelowa, ale całkiem swobodnie udowadnia, że może on śpiewać równie dobrze jak Cans. No i ten chóralny śpiew pod dźwiękami zarezerwowanymi dotąd dla Stefka i spółki. Niech mi ktoś powie, że Templariusze Metalu nie stosowali takich zabiegów na swoich płytach. Tytułowy Phoenix, a raczej wstęp do niego, kojarzy mi się z... Danzigiem i takim na przykład How The Gods Kill. Gdy już zespół przechodzi do rzeczy, to jakoś tak mam skojarzenia z Dziewicą ery Bayleya. Całość brzmi bardzo nowocześnie, choć nadal jest mocarnie i przebojowo. Po raz kolejny zespół zaskakuje nieszablonową zmianą tempa i nastroju. No, czegoś takiego to ja się nie spodziewałem, a ta solówka mnie po prostu zwala z nóg. Brzmi to, jakby znów za wiosło złapał Adrian Smith i osobiście ją zagrał. Tajemnicze dźwięki witają nas w Symphony Of Fire. Kawałek rozpędza się i nabiera mocy. W końcu zespół prezentuje nam bardzo ciekawie zagrany i przede wszystkim bardzo mocny numer z - jak się domyślam - ponurą historią w tle, opowiadaną przez wokalistę. Bardzo podoba mi się tu gra sekcji, w szczególności w refrenie. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć klimatycznego zwolnienia. Hmmm, jak widać przerwa w działalności nie została zmarnowana i zespół nagrał bardzo dobrą i przede wszystkim równą płytę. Bo niczego złego nie można powiedzieć także o kolejnym utworze, krótko zatytułowanym Attila. Najdłuższa ścieżka na tym krążku, znów wraca atmosfera z Brave New World. Po łagodnym wstępie grupa uderza z całą mocą opowiadając historię przywódcy Hunów, władcy ogromnego imperium. Distant Light to z kolei bardzo przebojowy kawałek. Zastanawiam się, dlaczego to właśnie jego nie wybrano na singla pilotującego to wydawnictwo. Nadaje się dużo lepiej, niż wcześniej wspomniany kawałek. Bardzo dobry numer, którego nie musiałby się wstydzić żaden zespół grający heavy metal. Może się podobać mocna, heavy metalowa solówka. Tę ze wszech miar udaną płytę zamyka żałobnie zatytułowany Requiem. Bardzo ładny, balladowy utwór, w którym śpiewającemu wokaliście towarzyszy tylko pianino i delikatnie grające klawisze ze smyczkami. Proszę zwrócić uwagę na ten emocjonalny refren. Rzadko się takie zdarzają na metalowych płytach. Potem tylko piękna solówka, raz jeszcze zwrotka i refren na koniec. A potem zapada cisza...

Świetny album, wspaniali muzycy i kapitalna produkcja. Pretendent do miana płyty roku 2011. Polecam każdemu, rzadko zdarza się, by zespół nagrał bardzo dobre dzieło po tak długim okresie milczenia. To czasem nie udaje się nawet największym tuzom. Rosjanom z Arii wyszło to bez pudła. Zaprawdę powiadam Wam - jest na tym CD czego słuchać. I na koniec kontrowersyjna teza: dla mnie to Brave New World II, tyle że po rosyjsku. A co! Ocena maksymalna.

Oficjalna strona zespołu: www.aria.ru

Vincent
listopad 2011