|
Skład: Frank Caruso - gitary, chórki, gitara basowa; Enzo Caruso: śpiew, chórki, instrumenty klawiszowe, pianino, organy Hammonda; Gabriele Baroni - gitara basowa, chórki; Stefano Caironi - perkusja i instrumenty perkusyjne
Produkcja: Firehouse Multimedia Prod.
Tą płytą zainteresowałem się tylko z powodu wielgachnego, włochatego i obrzydliwego pająka na okładce. Dziwne to, biorąc pod uwagę moją awersję to tych stworzeń, no ale niech będzie. Najwyraźniej panowie bardzo lubią pajączki, skoro nazwali zespół Arachnes i mają je na okładkach. Co kto lubi. No ale do rzeczy.
Tak więc mamy okładkę niczym kadr z filmu "Atak Pająków". Jakoś to przełknąłem, ale i zaciekawiło mnie to. Postanowiłem sprawdzić, co też się pod nią kryje. Według źródeł wszelakich miał to być sprawnie zagrany Power Metal. No i fajnie. Zaciekawia już samo intro, Osonzes, które w sposób adekwatny wprowadza słuchacza w odpowiedni nastrój. Prawdziwie bitewny i epicki. To bardzo dobrze, bo dalej mamy Battle To The Victory, numer utrzymany w stylu panów z Rhapsody. Ale uwaga - to nie jest zarzut. Wszelkie proporcje zostały właściwie utrzymane i nie ma tu tego kompozycyjnego, orkiestrowego rozmachu. I bardzo dobrze. Zamiast tego mamy galopujący utwór z ciekawymi zmianami tempa. Dodajmy - bardzo dobry utwór. Pozytywne wrażenie podtrzymuje tytułowy Primary Fear. I absolutnie nie przeszkadza mi to, że nadal słychać tu echa Rhapsody. Dużo bardziej interesują i przede wszystkim cieszą mnie gitarowo-klawiszowe pojedynki i pościgi w wykonaniu braci Franka i Enzo Caruso. To co robią ci panowie, naprawdę może się podobać. Równie dobrze jest w iście epickim The Warning. Bardzo sprawnie zagrany i interesujący kawałek, głównie z powodu wspomnianych już przeze mnie gitarowo-parapetowych pojedynków. Może podobać się także mocny, gitarowy riff. Still Waters to pierwszy z całej plejady, instrumentalny utwór na Primary Fear. Wolny, mroczny i niepokojący. Następny w kolejce Thriller to nie jest cover skądinąd znanego Majkela, spokojnie. Rozczarowani? Trudno. Zamiast tego mamy kolejną, instrumentalną kompozycję ze wspaniałymi melodiami i neoklasyczno-progowymi podjazdami. Niektóre momenty mogą kojarzyć się z dokonaniami panów z Symphony X. To wrażenie podtrzymuje To Escape Death. Bardzo dobry, mocny gitarowy riff i interesujące melodie. No i śpiew wokalisty przypominający nieco manierę LaBrie. Chciałbym po raz kolejny podkreślić umiejętności muzyków. Z całą pewnością nie są to jacyś podrzędni grajkowie ale ludzie, którzy wiedzą do czego służą instrumenty i w jaki sposób można je wykorzystać. Not Fair (Prelude) to kolejny utwór instrumentalny. Który to już? Trzeci, prawda? Pomimo faktu, że dużo ich na tej płycie to absolutnie nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Not Fair to powrót do klimatów przypominających troszeczkę dokonania wspomnianych panów z Rhapsody. I znów nie ma tu niepotrzebnego udziwniania i rozmachu kompozycyjnego. Prosty, pędzący kawałek, to wystarczy. Tota Pulchra to jakby mogło się wydawać popis grania na kościelnych organach, jeśli wiecie co chcę powiedzieć... I w sam raz nadawałaby się ta ścieżka do jakiegoś starego horroru o pająkach. My Old Refuge ma w sobie wszystko to, co zdążyłem już wymienić, jeśli chodzi, o te "pełnoprawne" kawałki z wokalem. Choć będę się upierał, że nie należy traktować tych instrumentalnych jak zapychaczy. Wszystkie razem tworzą jedną spójną całość. Zaskakuje za to ale i cieszy obecność ballady My Son And I. Delikatny, rozmarzony utwór, który nijak nie pasuje do zawartości tego krążka. Do tego fajny tekst, ładnie "opakowany" w muzykę. Przyznam, że to mój faworyt na tej płycie. Bo takie utwory pisać trzeba umieć, na kolanie nie da się tego zrobić. A wokalnie znów nieco w stylu LaBrie. I na koniec szum morza. Z kolei takich utworów jak Running In The Labyrinth nie powstydziłby się sam Król i Mistrz neoklasycznego grania, pan Yngwie Malmsteen, tyle że on dałby tu kilkuminutowy popis gry solowej. W przypadku tego utworu solowych wygibasów brak. I bardzo dobrze. Do tego interesująca zmiana tempa i krótka solówka przypominająca popisy Adriana Smitha. Płytę kończą dwa utwory instrumentalne. Pierwszy z nich to Eruption. Nie, to nie jest cover Van Halen. Raczej bardzo udana próba powerowo-neoklasyczno-progowego wymiatania w stylu Deep Purple. Można się zdziwić takim miksem, nie? Próba bardzo udana i jest to jeden z najjaśniejszych momentów tego wydawnictwa. Scherzo In E Minor to taka neoklasyczna muzyczna miniatura. Może być, mi na niezbyt się podoba, ale zespołowi do gustu przypadła i nic mi do tego. Na zamknięcie albumu była w sam raz.
Jak podsumować ten krążek? Chyba krótkim - nareszcie coś, czego da się słuchać. Nie zrozumcie mnie źle. Większość płyt z taką muzyką jest nużąca i wtórna do bólu. Tu też można powiedzieć, że to wszystko już było, ale zespół znalazł sposób na zainteresowanie słuchacza umiejętnym mieszaniem stylów i muzycznych wpływów. Udało się zachować równowagę. Są galopady, są zwolnienia, progowe wymiatanie, killerskie wymiany solówek i jest nieodzowna ballada. Czego chcieć więcej? Jestem bardzo zadowolony, że ta płyta znalazła się w mojej kolekcji. Na pewno będę do niej często wracać. Polecam, nikt nie powinien być zawiedziony.
Oficjalna strona zespołu: www.arachnes.it
Vincent lipiec 2010
|