|
Skład: Jeff Waters - aranżacje perkusji, gitary, afrykańska perkusja; Coburn Pharr - śpiew; David Scott Davis - gitara; Wayne Darley - gitara basowa; Ray Hartmann - aranżacje perkusji, perkusja, perkusja afrykańska
Produkcja: Glen Robinson i Jeff Waters
Drugi album Annihilatora powstał w nieco innym składzie niż debiut. Zmienił się i wokalista i jeden z gitarzystów. Mimo że premiera tego krążka miała miejsce rok po premierze Alice In Hell, nad tamtym albumem majstrowano aż dwa lata i być może dlatego nie wyszedł najlepiej. Tym razem wszystko poszło świetnie i podczas dwumiesięcznej sesji nagraniowej udało się zarejestrować dziesięć dobrze brzmiących utworów. Coś, co od razu rzuca się w uszy, to lepsza produkcja w porównaniu z Alice In Hell, ale jest jeszcze coś. Otóż grupa najwyraźniej postanowiła zadbać, by te kawałki były zapamiętywalne. Już nie koncentrowała się na tym, by ileś tam riffów zmieścić w 40 minutach i zaowocowało to bardzo składnymi kompozycjami utrzymanymi w duchu thrashu z końcówki lat '80.
Album otwiera The Fun Palace. Kaskady dobrze nam znanych, mechanicznie zagranych riffów zagospodarowywują przestrzeń. Wokal Coburna Pharra nie odbiega od thrashowej normy, przy czym ciężko go porównać z jakimś konkretnym wokalistą, bowiem jego maniera momentami kojarzy się z tą, jaką prezentował Chuck Billy z Testament, ale wyraźnie ciąży ku śpiewaniu w stylu Davida Wayne z Metal Church. Innymi słowy, dla każdego coś miłego. Jego wokal nie drażni, ani nie wybija się szczególnie. Po prostu heavy metalowy krzykacz. Najlepszym momentem The Fun Palace jest solówka. Została ona specjalne wyodrębniona, gdyż na jej potrzeby zmienia się rytmika i całe tło. Brzmi to rewelacyjnie. Utwór nabiera dynamiki, a solo to niemal hard rockowe, z dużą ilością świetnych melodii. Widać rock and roll chłopakom obcy nie był. Road To Ruin to już krótszy utwór i też czuć w nim duch rock and rolla, tyle że podanego z punkową ekspresją. Nie jest to naturalnie punk sensu stricto, gdyż riffów jest w tym kawałku zapewne więcej niż na całej płycie Sex Pistols, ale widać, że takie inspiracje w thrash metalowych grupach nie były niczym zaskakującym. Wykwintny thrash zapowiada nam Sixes And Sevens. Dużo zakręconych riffów i typowa annihilatorowa niespodzianka w środku tego numeru. Mega melodyjne i jakże charakterystyczne solo. Następuje ono tuż po progresywnych metalowych wygibasach w stylu Voivod. Sprawia wrażenie, że
panowie (w sumie to Waters, bo Annihilator to on) dokładnie przemyśleli, jak te utwory mają być skonstruowane i absolutnie nie dadzą się słuchaczowi zanudzić przy jakimś monotonnym
thrashu. A więc trochę progresywnych smaczków, świetna solówka. Miodzio. Stonewall to kawałek, do którego zrobiono promocyjne video. Jest oczywiście bardzo dobry i jak na thrash cholernie przebojowy. Przede wszystkim zwracają uwagę hard rockowe riffy, które w pewnym momencie się pojawiają. Kolejne dobre solo i jeden z najlepszych numerów Annihilatora w całej ich karierze. Zresztą skrojony celowo na przebój, bo przecież coś takiego na każdej płycie musi się pojawić, nawet jeśli jest to thrash metal. Utwór tytułowy opowiada prawdziwą historię dziewczynki więzionej przez pięć lat w swoim pokoju przez babcię, która chciała ją uchronić od zła i pokus tego świata. Temat przewodni doskonały, ale samo nagranie nie zwraca specjalnie mojej uwagi, chociaż zdaję sobie sprawę, że to moja subiektywna opinia, bo to przecież ścieżka niemal kultowa. Jest w niej dramatyzm i monumentalizm, jak dla mnie jednak zabrakło melodii i smaczków znanych z poprzednich kompozycji. Imperiled Eyes kojarzy mi się z Exodusem i trochę z Overkillem. Taki wymiatacz z bardzo technicznymi zagrywkami gitary. Niewątpliwie udana kompozycja. A po niej króciutki Kraf Dinner. To o takiej popularnej w kręgach metalowych potrawie z makaronu i sera. We wkładce płyty są opisy do każdego z kawałków, stąd ta mała opowiastka Watersa. Utwór pokazuje punk rockowe sympatie muzyków. Bardzo dynamiczna, prosta w porównaniu z resztą materiału oraz oczywiście melodyjna pozycja. W sam raz, by urządzić sobie małe pogo;). Phantasmagoria to już poważny kawał thrashu. W zasadzie utwór niczym szczególnym się nie wyróżnia. Jest szybki i typowy dla tego gatunku. Oczywiście bardzo mi się podoba, gdyż jest w nim sporo agresji, zwłaszcza w liniach wokalnych. Reduced To Ash to miks thrashu i NWOBHM. Szybki, z rewelacyjną solówką, jest prawdziwą ozdobą tego wydawnictwa. Zresztą to solo brzmi jakoś znajomo (patent z Sixes And Sevens). I Am In Command to taki sobie thrash, bez fajerwerków. Oczywiście nie jest to kawałek beznadziejny. Wręcz przeciwnie, ma dobry refren, świetne techniczne solówki, ale nie zapada jednak w pamięć jak wcześniejsze utwory.
Co by nie mówić, Never Neverland to chyba najlepsza płyta Annihilator. Nie jest to jedynie moje zdanie, bo jak patrzę na to, jak jest oceniana, widzę, że dostaje więcej punktów niż inne. I nie ma się co dziwić, bo udało się nagrać krążek bez fillerów, bez zupełnie zbędnych kawałków, wystarczająco oryginalny, melodyjny, ale i ostry z wymiataniem największego kalibru. Płyta ta powinna leżeć na ołtarzyku każdego fana thrashu, ale wydaje mi się że i fani klasycznego heavy metalu czy nawet hard rocka znajdą tutaj coś dla siebie pod warunkiem, że z góry nie są uprzedzeni do thrash metalu. Ta płyta to kanon metalu i granie w najlepszym możliwym stylu dla tego gatunku. Dzisiaj już nikt tak nie zagra, nawet sam Annihilator.
Oficjalna strona zespołu: www.annihilatormetal.com
LSDisease maj 2010
|