|
Skład: Jeff Waters - gitary, chórki; Joe Comeau - śpiew; Dave Scott Davis - gitara; Russell Bergquist - gitara basowa; Ray Hartmann - perkusja
Produkcja: Jeff Waters
Po King Of The Kill, płycie uznawanej przez wielu krytyków za szczytowe osiągnięcie Jeffa Watersa, różnie potem wyglądały kolejne jego propozycje. Zmieniał, kombinował, mieszał jedno z drugim, co nie zawsze podobało się odbiorcom. Dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych główny szef zamieszania uspokoił się, okrzepł i wrócił ze świetną płytą, zatytułowaną Criteria For A Black Widow. Album ten zyskał pochlebne noty i wielu wieściło powrót Annihilator do formy.
Projekt Jeffa wypluwa z siebie krążki ze średnią częstotliwością dwóch lat, tak więc na kolejną propozycję należało poczekać do roku 2001, kiedy to ukazał się LP Carnival Diablos. Oczywiście nie obyło się bez zmian personalnych. Jak zwykle wymieniony został wokalista. Waters podziękował Randy'emu Rampage'owi i na jego miejsce przyjął Joego Comeau, krzykacza związanego poprzednio z Liege Lord i Overkill. Bardzo wielu fanów przyjęło tę decyzję z zadowoleniem, bo wokalista to nie byle jaki i z wypracowaną już marką. Szybko okazało się, że nowy nabytek doskonale sprawdził się na swoim stanowisku, a szef Annihilator udowodnił, że wiedział, co robi angażując Comeau do nowej płyty. Głos nowego frontmana doskonale pasuje do przygotowanych 12 nowych utworów. Ci, którzy wątpili w możliwości po raz wtóry odświeżonego projektu Jeffa, zostali zmuszeni do zmiany zdania. Ba, byli też tacy, którzy dowodzili, że ten LP jest najlepszym albumem od czasów King Of The Kill właśnie. I trudno się z tym nie zgodzić, słuchając witającego nas w progu Denied. Od pierwszych nut wiadome jest, że przelewek nie będzie. Czysty, choć podany w odświeżonej formie, Annihilator. Po raz kolejny Waters, oprócz grania na gitarze, zajął się także basem, co przełożyło się na jego słyszalną pracę. Proszę nie wierzyć w to, że panowie Russell Bergquist i Dave Scott Davis brali udział w procesie nagrywania płyty. Są wymienieni w składzie, ale nigdy udziału w sesji nie wzięli. Zagrali dopiero na trasie koncertowej. The Perfect Virus ze świetnie rozwijającym się wstępem przypomina wszystkim, czym był i nadal jest Annihilator. Ten utwór ma coś w sobie. Niepokojącą, bezlitosną, czystą, mechaniczną moc. Trudno chyba nie mieć tu skojarzeń z prześwietnym, kroczącym Annihilator z połowy lat '90. Na podobieństwach muzycznych się nie kończy. Wystarczy posłuchać tekstu i zabójczego refrenu z finałowym: "Circulate, devastate, Re-create - the perfect virus". No, kto się nie ugnie pod takim argumentem? Po tych dwóch ciosach, trzeci Battered jakoś mnie nie przekonuje. Niby jest szybko i ostro, ale czy potrzebne było aż takie odhumanizowanie tego numeru? Jak na mój gust za dużo tu tego chłodu. Jak widać Waters nie zawsze potrafi skutecznie odcinać się od płyt poprzednich. Lubi za to wtrącić tu i ówdzie melodyjne fragmenty. I tu, choć jest on krótki, to można się nim trochę pocieszyć. No i typową, "watersowską" solówką także. Wybrany na promocyjnego singla, tytułowy Carnival Diablos jest takim obrazem tego krążka w pigułce. Fajny, bardzo melodyjny, wręcz przebojowy, choć ciągle ostry i zadziorny, choć z ponurym tekstem. Pamiętam, że słuchając tego kawałka, nie znając jeszcze całości, pomyślałem, że ten LP nie będzie zły. I nie jest, choćby z powodu takich radosnych i łobuzerskich utworków jak Shallow Grave. Jest to oczywisty hołd i ukłon w stronę elektryków z AC/DC, nie należy się tu doszukiwać czegoś innego, ale czy taki miks hard rocka, heavy metalu i thrashu nie może się podobać? Oczywiście, że może. I jak fajnie wypadły tu wokale Joego, którego tu i ówdzie wspomaga sam szef. Szkoda tylko, że nie pociągnięto tej atmosfery dalej i nie pobawiono się w stworzenie nastroju na modłę Jailbreak, do którego ten numer nawiązuje. Chyba nikt nie miałby im tego za złe. Ponury nastrój wraca w Time Bomb. Znów jest ta mechaniczna moc, to cybernetyczne zło, wolny, niemal hipnotyczny rytm i drapieżnie śpiewający Comeau, który w pewnym momencie zabawił się w udawanie Halforda, co wyszło kapitalnie. Bylem przekonany, że to właśnie Rob dorwał się do mikrofonu. I jak ładnie wypadła ta pozbawiona agresji część. No cóż, Jeff lubi sobie pograć i w najmniej spodziewanym momencie umieszczać takie wtrącenia, więc nikt, kto zna poprzednie jego propozycje, zdziwiony być nie powinien. Doskonale pomyślanym utworem jest także The Rush. Zadziorny i przebojowy, z pewnością spodoba się wielu fanom. Typowa dla Annihilator motoryka i zmiany tempa. Wydzierający się wniebogłosy wokalista. I ta niesamowita gra Watersa. Insomniac nastrojem przypomina pierwsze utwory z Alice In Hell. Nie dziwne zatem, że album ten został szybko doceniony. Tu wszystko pachnie starymi dokonaniami, nawet gitarzysta gra podobnie. Widać, gdy Watersowi się chce i jest w formie, to potrafi napisać doskonały numer. Jestem skłonny zgodzić się z twierdzeniem, że jest to najlepszy utwór na Carnival Diablos. O Liquid Oval nie ma sensu się rozpisywać. Wspominałem, że szef Annihilator lubi prezentować swoje umiejętności. Umieścił więc rockowy w swej wymowie, instrumentalny kawałek ku uciesze wielbicieli. Spodobać się może dynamiczny, pędzący Epic Of War, zwłaszcza jego łagodniejsza część, która o dziwo przypomina utwory... Iron Maiden. Oczywiście to zapewne mniej lub bardziej świadome nawiązanie, Jeff ponoć bardzo lubi płyty Dziewicy. Nie przekonuje mnie jednak zamykający płytę Hunter Killer. No, czegoś tu zabrakło. Średni numer, choć jak mniemam, mniej wymagającym fanom może się spodobać. Niby są nawiązania do przeszłości, ale to jest za mało, by było interesująco. Jednak czas płyty biegnie dalej i za chwilę wyłazi jajcarski Chicken And Corn, czyli krótka rzecz o kuronach. Można się pośmiać.
Mocny, drapieżny, zadziorny, czasem mroczny, choć nie pozbawiony przebojowości i chwytliwości album. Bardzo dobra mieszanka dobrego czadu, thrashu, heavy i hard rocka. Stawia na nogi jak mocna kawa o poranku. I tak płytę będę reklamował. Nota w granicach 8/10. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.annihilatormetal.com
Vincent lipiec 2011
|