Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ANNIHILATOR - Annihilator [2010]
Wydawca: Earache Records / Marquee / Zoom / Riot Entertainment

  1. The Trend
  2. Coward
  3. Ambush
  4. Betrayed
  5. 25 Seconds
  6. Nowhere To Go
  7. The Other Side
  8. Death In Your Eyes
  9. Payback
  10. Romeo Delight [Van Halen cover]
Annihilator

Skład: Jeff Waters - gitary, gitara basowa, śpiew; Dave Padden - śpiew, gitary; Ryan Ahoff - perkusja

Produkcja: Jeff Waters

Annihilator. Zespół... nie to złe słowo. Projekt, sterowany przez Jeffa Watersa, przez jednych uwielbiany, przez innych wyszydzany, na 17 maja 2010 zapowiedział swoje kolejne uderzenie. Piszący z niekłamaną ciekawością sięgnał po nowe dzieło tej kanadyjskiej ekipy. I co? Ano, po wysłuchaniu całości jestem zdemolowany i uważam, że Jeff Waters po okresie prób, eksperymentów i przymiarek znalazł wreszcie to, czego szukał. Odważę, się także postawić tezę, że jest to najlepszy krążek Jeffa od czasów King Of The Kill i powrót do korzeni, tam skąd Annihilator pochodzi, do pierwszych płyt włącznie. Oczywiście, nie należy się spodziewać nie wiadomo czego. No ale może po kolei.

Zaciekawia już okładka. Kto na niej jest? Oczywiście, że mała Alice z pierwszej płyty, do tego z wydrapanym na czole "Annihilator" i obłędem w oczach. To już napawa optymizmem. Jeszcze lepiej jest na płycie. Już otwierający krążek The Trend może intrygować. Gitarowe intro, brzmienie znane z Metal, ale coś tu się zmieniło. Cholernie melodyjny utwór, z dużą ilością solówek szefa Annihilator. A potem diabelnie ciężki riff. Nooooo, tego brakowało na ostatnich płytach. I ta schowana nieco sekcja w tle. Mniam. Wściekłość w głosie Paddena. To jest to, co tygryski lubią najbardziej. I co najważniejsze - mamy tu powrót do tego melodyjnego thrashu, w którym tak lubuje się Waters. I jakże ewidentne nawiązanie do słynnego Alice In Hell. Coward zaskakuje wściekłym riffem i szaleńczym tempem, Padden wypluwa kolejne wersy zwrotek, sekcja pędzi na złamanie karku, a ja wciąż nie mogę wyjść ze stanu zaskoczenia. Rzecz oczywista, są melodyjne zaśpiewy, bez tego nie mogło się obyć, ale nie rażą one ucha, tak jak miało to miejsce na poprzednich płytach. Dave wyrobił się jako wokalista i tym albumem zamyka wszystkim krytykom jadaczki. Podobać się mogą także liczne zmiany tempa i solówki serwowane przez Watersa i (chyba także) Paddena. Na złamanie karku pędzimy również w Ambush. Podoba mi sie praca sekcji w tym kawałku. Oczywiście znów mamy tu liczne solówki. No moi drodzy, ja jestem zaskoczony. Tego się po Annihilator nie spodziewałem. Czas na prawdziwy hit. Betrayed, bo o nim mowa, rozpoczyna się diabelnie wolnym i ciężkim riffem, a potem pięknie graną miniaturą, która płynnie przechodzi w dalszą część nagrania. Proszę posłuchać tekstu! Wściekłość w każdym calu. Ten numer z powodzeniem mógłby się znaleźć na wspomnianym King Of The Kill. Wolno rozpoczyna się 25 Seconds, wita nas bas i perkusja, by za chwilę zmieść wszystko gitarowym riffem i wściekłym wokalem Paddena. A potem od nowa. Kawałek niszczący wszelkie obiekty. I ten refren: "25 seconds to die!". Podobać się może solówka grana na dwie gitary. Już w poprzedniej recenzji (Live At Masters Of Rock) wspominałem, że Padden całkiem nieźle gra na wiośle i często pozwala sobie na gitarowe harce do spółki z Watersem. A tak w ogóle, to ten numer kojarzy mi się troszke z kapitalnym Warbird. No ale idźmy dalej. Waters dał na nowym krążku sporo miejsca na popisy sekcji rytmicznej. I to ona rozpoczyna kolejny hit, moim zdaniem najlepszy utwór na płycie, zatytułowany Nowhere To Go. Mocarny riff zwrotki i jakże melodyjny, aczkolwiek krótki refren. No, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Waters chyba posłuchał głosów krytyki i stanowczo ograniczył melodyjne fragmenty. Wyszło to tylko na dobre, choć podkład pod solówkę melodyjny być po prostu musiał. Nie da się nie zanucić refrenu, proszę Państwa. No po prostu on sam wpada w ucho. Murowany hit koncertowy i sztandarowy utwór Annihilator. Pamietacie taki utwór pod tym tytułem? Ten mocarny, kroczący riff? Tu w końcówce mamy to samo. Po prostu czysta, mechaniczna MOC. The Other Side zaskakuje riffem znanym ze słynnego Am I Evil? autorstwa Diamond Head. A solówki wręcz nachalnie kojarzą się ze wspomnianym już King Of The Kill. Oczywiście cały czas obecny jest Thrash. Musi podobać się wymiana solówek na linii Waters-Padden. Kolejne zaskoczenie wita nas w Death In Your Eyes. Dlaczego? Ano dlatego, że to taki ukłon w stronę utworu Never, Neverland. Zaczynając od melodyjnej frazy na początku utworu, przez refren w środku i solówki. Jakże fajnie wypada tu ten heavy metalowy podkład rytmiczny! Jakże miło przychodzi tu na myśl riff z kawałka o małej Alice! Waters zebrał tu to co najlepsze ze swojego dorobku i udanie połączył w zgrabną całość. W tle miło sobie pobrzmiewa Carnival Diablos. A mi uśmiech nie schodzi z twarzy. Tej płyty bardzo przyjemnie się słucha. W stylu drugiej płyty utrzymany jest groźnie zatytułowany Payback. Wszystko mi się tu podoba, łącznie z połamaną solówką. Nie mogę wyjść z podziwu. Przecież nikt się tego nie spodziewał, a tu taka niespodzianka. Romeo Delight zaliczyć chyba należy do takich utworów-żartów. Leciutki, utrzymany w stylu Van Halen, heavy metalowy kawałek, w sam raz na zakończenie wydawnictwa.

Wydawnictwa podkreślmy - ze wszech miar arcyudanego. Wszystko tu do siebie pasuje, jest mocarne brzmienie, dobrze brzmiąca sekcja i udane kawałki. Tym albumem spółka Waters-Padden zamyka wszystkim jadaczki, udowadniając, że mają jeszcze sporo do powiedzenia w temacie Thrash Metalu. Ja posypałem głowę przy okazji ubiegłorocznej koncertówki, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił, to czas najwyższy. Annihilator wraca z nową mocą. Niszczy i rządzi. I tak ma być.

Oficjalna strona zespołu: www.annihilatormetal.com

Vincent
maj 2010