|
Skład: Alice Cooper - śpiew; Slash - gitary (1); Joe Satriani - gitary (1,4,7,9,12), chórki (1); Stef Burns - gitary (1,2,3,4,5,6,7,8,9,10,12); Steve Vai - gitary (7); Vinnie Moore - gitary (8,11); Mick Mars - gitary (10); Hugh McDonald - gitara basowa (1,2,3,4,5,6,8,9,10,11,12); Nikki Sixx - gitara basowa (7); Mickey Curry - perkusja; John Webster - instrumenty klawiszowe (1,2,3,4,7,9,10,12), organy B3 (5); Steve Croes - klawesyn (1,10); Robert Bailey - instrumenty klawiszowe (2,5,6,7,8,10,12); Jai Winding - instrumenty klawiszowe (6); Chris Boardman - strunowe aranżacje (6); Ozzy Osbourne - chórki (1); Zachary Nevel - chórki (1)
Produkcja: Peter Collins
W zasadzie wystarczyłoby spojrzeć na listę muzyków, którzy brali udział w nagrywaniu Hey Stoopid, by wiedzieć, że to musi być dobry album. Moim zdaniem jest to płyta nawet lepsza od swojej poprzedniczki (Trash, 1989 r.), chociaż nie sprzedała się już tak dobrze. Przyczyny tego mogły być dwie. Z jednej strony utwory nie są już tak proste w swych strukturach jak na "śmieciach", z drugiej strony były to już czasy inwazji muzyki grunge. Tak czy inaczej jest to album, wobec którego fan muzyki hard rockowej nie może przejść obojętnie. Większość materiału została skomponowana przez Jacka Ponti i kilku innych kompozytorów, m. in. również przez Desmonda Childa. Jeszcze w 1991 roku Alice wyruszył w tournee, by promować ten krążek, a towarzyszyli mu w nim doskonali muzycy: gitarzysta Vinnie Moore, klawiszowiec Derek Sherinian (później w Dream Theater) i perkusista Eric Singer (KISS).
W kawałku tytułowym pierwsze "skrzypce" gra w zasadzie Slash, gdyż to jego styl wysuwa się tu na przód, Satriani jest raczej mało słyszalny. Bardzo dobry kawałek jak na rozpoczecie płyty. Po nim jest jeszcze lepiej, bowiem Love's A Loaded Gun to już kompozycja niemal doskonała. Podziwiać możemy tu grę na basie Hugh McDonalda, który obecnie udziela się w grupie Bon Jovi i gitarowe umiejętności Stefa Burnesa, by przekonać się, że nie ustępuje on ani trochę zaproszonym gościom. Refren został zaaranżowany w typowym dla lat '80 stylu, toteż możemy być pewni, że jeszcze długo będzie się odbijał echem gdzieś w głębi naszej duszy. Podobnie będzie też w równie składnym numerze Snakebite, jednym z moich ulubionych na tym albumie. Od bardziej romantycznej strony Alicja pokazuje się nam w balladzie Burning Our Bed, nie brak tu też pewnego rozgoryczenia. Tematyka utworu oczywiście damsko-męska. Zaraz po nim następuje chłodno brzmiące Dangerous Tonight, kolejny mój faworyt z tego krążka. Ciekawostką może tu być fakt, że piosenkę tę Alice napisał we współpracy z Desmondem Childem, kompozytorem który w znaczący sposób przyczynił się do powstania poprzedniej płyty. Znowu punkt dla Burnesa za dobrze odegrane partie gitar. Child skomponował również utwór Might As Well Be On Mars, kolejną wolniejszą pozycję na tym wydawnictwie. W Feed My Frankenstein dominującą rolę będzie pełniła gitara Steve'a Vaia. Pojawią się tu również Joe Satriani i Nikki Sixx, basista zespołu Motley Crue, chociaż ich udział będzie w tym kawałku raczej znikomy. Z kolei w Hurricane Years za gitarę weźmie się doskonały instrumentalista Vinnie Moore. Osobiście uważam, że jest to jedna z najlepszych kompozycji na tej płycie, rasowy hard rock. Po kilku kawałkach zdominowanych przez gitary nadszedł czas na "5 minut" dla basu. Pulsujące rytmy tego instrumentu będą stanowiły główny trzon piosenki Little By Little. Kolejnym hitem okaże się Die For You - bardzo spokojna zwrotka z fortepianowymi brzmieniami syntezatorów i wpadający w ucho refren. Na gitarze zagrał tu Mick Mars, ale podobieństw stylistycznych do Motley Crue próżno by szukać. Dirty Dreams kojarzy mi się nieco z dokonaniami Alicji, które można było usłyszeć na poprzednim krążku. Na uwagę zasługuje tu perfekcyjnie odegrana solówka, a to już jest zasługą Vinniego. Na samym końcu znalazła się chyba najbardziej charakterystyczna kompozycja na całej płycie. W Wind-Up Toy Alice sięgnął do wyższych rejestrów swego głosu, by uzyskać dziecięcą barwę, ot taki falsecik.
Hey Stoopid to płyta bardzo oryginalna w swoim gatunku, zapewne z powodu licznych muzyków, którzy gościnnie zagrali na tym albumie oraz ze względu na sporą liczbę kompozytorów. Zasadniczo wolę, gdy zespół sam komponuje swój repertuar, ale jeśli efektem współpracy z ludźmi spoza grupy ma być tak udany krążek, nie mam nic przeciwko takim zabiegom...
Oficjalna strona zespołu: www.alicecooper.com
Guitarrizer grudzień 2003
|