|
Skład: Alice Cooper - śpiew; Keri Kelli - gitary; Jason Hook - gitary; Chuck Garric - gitara basowa, chórki; Eric Singer - perkusja
Gościnnie: Slash - dodatkowe gitary w [2]; Ozzy Osbourne - harmonijka w [3]; Bernard Howler - chórki; Danny Saber - gitara basowa, E-Bow, guitara, instrumenty klawiszowe, chórki; David Piribauer - perkusja; Greg Hampton - gitara, instrumenty klawiszowe, chórki; Steffen Presley - instrumenty klawiszowe; Whitey Kirst - gitara
Produkcja: Greg Hampton, Danny Saber i Alice Cooper
O Alice Cooper w zasadzie zapomniałem po tym, jak wydany został album The Eyes Of Alice Cooper. Nie przypadł mi on jakoś do gustu i sprawił, że nie sięgałem już po kolejne płyty Alicji. Jednak kiedy przeczytałem, że Cooper szykuje kolejny krążek i że bedzie to album koncepcyjny, a pojawi się na nim znowu plejada gwiazd, ciekawość zaczęła mnie zżerać i po prostu musiałem sięgnąć po to dzieło. Kanwę opowieści stanowi historia seryjnego mordercy zwanego Spider, który zwabia swoje ofiary w specjalnie spreparowaną sieć, ucina im nogi chcąc skompletować swojego "pająka" i wysyła liściki do policji. Czyż taka zapowiedź krążka jednego z mistrzów muzycznego horroru nie brzmi apetycznie?
Dla mnie jeszcze apetyczniej brzmiały sample, z których jawnie wynikało, że Alice jest w dobrej kondycji i wokalnie jego nowe wynurzenie nie odbiega zbytnio od bardzo lubianego przeze mnie albumu Hey Stoopid. Jest nadzieja na dobry krążek, pomyślałem. A jak to wygląda ostatecznie? Prologue / I Know Where You Live rozpoczyna opowieść i zgodnie z tytułem stanowi bardzo dobry prolog. Spider obserwuje swoją ofiarę z samochodu i po takim rekonesansie wie już o niej niemal wszystko. Pod względem tekstowym majstersztyk, wokalnie bardzo dobre sportretowanie sposobu myślenia zabójcy. Coś podobnego kiedyś zrobił King Diamond na swej płycie The Graveyard. Muzycznie już trochę gorzej, prztnajmniej z mojego punktu widzenia, bo bliżej tu do dokonań Alicji z lat '70 (kto preferuje jednak właśnie tamte wydawnictwa, będzie wręcz oczarowany). Te zapożyczenia z lat '70 są dziwnie modne ostatnio, jeśli wspomnieć chociażby niedawne dziecko Def Leppard, ale nie popadajmy w dygresję. Vengence Is Mine ma w sobie ten magiczny urok, że poodoba się od razu, a z każdym kolejnym przesłuchaniem jeszcze bardziej. Nic dziwnego, że kawałek został wybrany do promowania całej płyty. Mamy tutaj taki muzyczny miks tego, co Cooper prezentował we wczesnych latach '90 z czymś w klimatach Osbourne'owego Black Rain (sam Ozzy pojawi się zresztą w następnym numerze grając na harmonijce, ale szkoda że w tej piosence nie użyczył swego głosu), ze szczyptą co wolniejszych kompozycji Black Label Society (gitary brzmią wylde'owsko) i chaotycznymi solówkami jak w Velvet Revolver - wiosłuje tu Slash, więc nie ma się czemu dziwić. Chyba najlepszy numer w zestawie. Ciekawie jest w kolejnym Wake The Dead, gdzie, jak już wspomniałem, harmonijkę obsługuje Ozzy, ale nie jest on tu jedyną atrakcją. Wokalnie błyszczy sam Coooper i śpiewa inaczej niż zazwyczaj. Interesująco wypadają melodie i gitary, znów miks, tym razem brzmienia rodem jakby z Iron Butterfly In A Gadda Da Vida, do tego rytmy trochę zapożyczone z T. Rex i od Kravitza. Alice bardzo pozytywnie mnie zaskakuje, zwłaszcza że następne Catch Me If You Can to bardzo udana kontynuacja poprzednika. Teraz trochę bardziej dynamicznie, szybciej i przebojowo, refren niemal hair metalowy, choć wiadomo, że to już nie te czasy, ponownie nasuwają się skojarzenia z Leppardami A.D. 2008. Dodatkowy plus za wspaniałą aranżację w środku utworu, wręcz uwielbiam wyszukiwać na płytach takie smaczki. Wygląda na to, że Cooper się wreszcie odnalazł i jest to dla mnie dobry pretekst, by posłuchać też jego dwóch wcześniejszych krążków. (In Touch With) Your Feminine Side to już typowy hard rock późnych lat '70, o dziwo, też mi się ten numer podoba. Kawałek strukturalnie bardzo prosty i jak ktoś szuka jakiejś wirtuozerii, to jej nie znajdzie. Bliżej temu do takich niegdysiejszych gwiazd jak Slade czy wczesne Nazareth. Dobra piosenka, choć pozostaje w cieniu uprzednich. Wrapped In Silk wiele zyskuje w moich oczach, bo przypomina swym początkowym riffem tegoroczny przebój Satrianiego, ale to nie jedyny powód do radości. Fajny jest tutaj refren, słychać, że Alice na tym krążku bardziej się przyłożył i zadbał o wpadające w ucho linie wokalne. Jeden z najchętniej słuchanych przeze mnie numerów z zestawu. I znów Cooper mnie zaskakuje. Killed By Love to cholernie dobra ballada, bardzo nietypowa jak na tego artystę, nie jest to nic w klimatach ballad lat '80, więcej wspólnego ma ona z latami '70, może nawet z The Beatles. Intrygują chórki, inne niż zwykle wokale, no i tematyka jak na koncept tego albumu też zaskakująca - zabójca zakochuje się w swojej ofierze. Technicznie bez fajerwerków, ale w tym wypadku to akurat zaleta. I'm Hungry jest z kolei mieszanką starego dobrego Coopera z klasycznym KISS, a doprawiono owo danie niemałą szczyptą T. Rex (partie perkusji to typowe lata '70), choć wstępny riff zajechał mi nieco "Różową Panterą". Solówka najprawdopodobniej zaimprowizowana. Pojawiające się w piosence "Gimme, gimme, gimme" to chyba nabijanie się z Abby (jak by nie było, też lata '70) ;). The One That Got Away jest ukłonem w stronę miłośników sleaze rocka, Alice pokazuje juniorom, jak powinno się wykonywać ten gatunek. Zaprawdę powiadam wam, wolę w tej roli słuchać Coopera niż wynurzeń tych wszystkich pseudopunków. Jasnym punktem płyty jest też Salvation, pół-ballada. Alice ponownie śpiewa w nietypowy dla siebie sposób i chyba nie przesadzę zbytnio, jeśli porównam to do wczesnego Queen (ale i tak z domieszką Slade). Zazwyczaj Alicja śpiewa bardziej nosowo, tutaj pojawia się jakby gardłowa chrypka a'la Rod Stewart (czy ten gość też aby nie świętował największych triumfów w latach '70?). No i nadchodzi prawdziwie zabójcze zakończenie w postaci I Am The Spider / Epilogue. Niemal industrialne eksperymenty, dużo odgłosów jak z jakiegoś przemysłowego miejsca, zgrzyty, skrzypy, perkusja gdzieś nieco z tyłu, a na tym tle wręcz błyszczy głos Coopera. Nie jestem jakimś szczególnym znawcą industrialu, nie słucham go na co dzień, ale jak na mój gust, to Alice utarł nosa rownież wykonawcom z tego gatunku. Doskonałe zaknięcie krążka.
Jak na muzyczną opowieść, to naprawdę nie można się nudzić. Kto spisał starego Coopera na straty, musi teraz zweryfikować swoje podejście, bo Cooper wraca w cholernie dobrej formie. Zdecydowanie jeden z najlepszych albumów bieżącego roku. Jeszcze kilka takich i uznam 2008 za rok fenomenalny. Co się tyczy samego Coopera, to ten krążek można rownież śmiało uznać za jeden z najlepszych w jego dyskografii. "You trap, you kill, you eat...".
Oficjalna strona artysty: www.alicecooper.com
Guitarrizer lipiec 2008
|