|
Skład: Iñaki Lazakano- śpiew; Robert Rodrigo - gitara; Miguel Manjón - gitara basowa; Pako Martinez - perkusja
Produkcja: Robert Rodrigo
Rok 2008 pomimo tego, że jest już historią, wciąż potrafi zaskakiwać. W moje ręce wpadł niedawno album hiszpańskiej grupy Airless i po jego przesłuchaniu miałem ochotę dokonać przesunięć w napisanej przeze mnie klasyfikacji najlepszych, pochodzących z tego okresu longplayów. Mówiąc w skrócie: Fight urzekło mnie i dzięki tej płycie odłożyłem inne albumy na półkę. Flirt nie trwał długo, po paru dniach przyszło otrzeźwienie, wydawnictwo niemniej jednak brzmi solidnie.
Hiszpanie grali kiedyś bardziej AORowo, ich pierwsze dwa albumy były lżejsze, a obrana na trzecim wydawnictwie ścieżka rozwoju doprowadziła grupę do hard rocka mieszanego z AORem (i to z pewnymi skokami w bok). Grana przez kapelę muzykę nadal nie poraża ciężarem, jest jednak bardziej zadziorna, bardziej żywiołowa i moim zdaniem bardziej przekonywująca. Kiedy słyszę Don't Give Up, przypomina mi się pochodzący również z 2008 roku album grupy Hungryheart, czy też odrobine wcześniejsze Crossfire, gdyż wymienione formacje poruszają się po podobnych, melodyjnych terenach. Now Or Never to właściwie powtórka z rozrywki. Hiszpanie stawiają na przebojowość, w żaden sposób nie siląc się na oryginalność. Korzystanie z dobrych wzorców daje jednak upragnione efekty w postaci żywiołowej, wpadającej w ucho muzyki. Takich kawałków mogę słuchać w nieskończoność i chociaż zdaję sobie sprawę z ich wtórności, to jednak nie odbieram jej w negatywny sposób. Czy kojarzy ktoś takie nazwy jak Casanova albo Arti Tisi? Hiszpanie w swoich utworach osiągają podobny rezultat. Zgodnie ze wszelkimi statystycznymi prawidłowościami dotyczącymi kolejności ułożenia utworów na płycie, trójka (Time To Say Goodbye) jest balladą. Pozytywnie nastawieni ludzie usłyszą z pewnością Hungryheart, Blue Tears oraz 91 Suite. To właśnie do fanów takiego grania Hiszpanie kierują swoje przesłanie. Dzięki Bogu, kapela nie tworzy akustycznych ballad, tego bym nie zniósł. Wolę już ten plastik, chwilami zbyt ckliwy, ale jednak szczery oraz przebojowy. Numer czwarty na krążku z pewnością zaskakuje. I taki prawdopodobnie był jego cel, zamiast AORu łączonego z hard rockiem, grupa gra coś, co przypomina melodic metal. Twist Of The Wrist zaczyna się niewinnie warkotem silnika. Później jednak wkracza o wiele mocniejsza niż do tej pory perkusja, a zespół zmienia większość stosowanych przez siebie aranżacji. Przed słuchaczem wyłania się inne, niemal nie do poznania oblicze. Chłopaki mają jaja, nie bojąc się przeprowadzać takich zmian. Nie jest to jedyny skok w bok Airless, na który możemy natknąć się na Fight. Crying For Your Love zwiastuje już jednak powrót do starych, znanych i oklepanych melodii. Hiszpanie ponownie zaczynają się bawić w Blue Tears (oczywiście z czasów debiutu), serwując zdecydowane, świetne refreny oraz jeszcze lepsze melodie. Na tym polu mogą śmiało konkurować zarówno z lubianymi przeze mnie Marcello/Vestry, jak i ze wspomnianym wcześniej Hungryheart. Switch Of The Light zwiastuje ponowną zmianę klimatu, nie ma tu ani krzty AORu, a grupa gra typowy hard rock. Więcej do powiedzenia ma gitara, melodia wciąż jest widoczna, choć nie pełni już tak dominującej jak poprzednio roli. Co ciekawe, wokalista sprytnie radzi sobie we wszystkich testowanych przez siebie stylistykach, modyfikując odpowiednio dynamicznie prezentowany styl. Suffering jest bezdyskusyjnie najlepszą ścieżką na longplayu. O dziwo, grupa ponownie zwiedza niezbadane wcześniej rejony i eksperyment wychodzi Hiszpanom po prostu perfekcyjnie. Zero AORu w wydaniu AORowej jakby nie było grupy okazało się być strzałem w dziesiątkę. Utwór został zagrany w średnim, marszowym tempie. O wyglądzie kompozycji decyduje przede wszystkim wiodący, oryginalny riff oraz ciekawe, odmienne w stosunku do reszty płyty, mroczne aranżacje. Wokalista ponownie staje na wysokości zadania. Blame The Darkness cechuję się metalową perkusją, łapiąc przy okazji niespotykane wśród AORowych kapel motywy. Dominujący okazuje się być metal, przy czym sam kawałek może przypominać niektóre kompozycje Talisman i moim zdaniem odstaje poziomem od reszty materiału. I Don't Need Your Words jest tak jakby hybrydą obranego przed chwilą kierunku z bardziej typowym obliczem kapeli. W refrenach pojawiają się AORowe zaśpiewki, osiągając tym samym ciekawy, zamierzony efekt. One Last Kiss przypomina początek płyty, grupa ponownie stawia na przebojowość i melodyjność. Słyszeliśmy to już wcześniej, dlaczego więc tym razem mielibyśmy narzekać? Ostatni numer na płycie jest jednocześnie kompozycją tytułową i stanowi kwintesencję wszystkich zaprezentowanych wcześniej stylów. Ciekawie i oryginalnie.
Fight zdecydowanie może się podobać. Płyta zawiera w sobie kilka przebojowych killerów, jest jednocześnie na tyle różnorodna, że nie sposób, aby szybko się znudziła. Gdybym miał wymienić jej wady, to ciężko byłoby mi coś wymyślić. Dlaczego zatem na wstępie wspomniałem, że mój flirt z Airless zakończył się po paru dniach? Odpowiedź jest prosta - otacza nas przecież tak wiele wspaniałej muzyki... Wiem jednak, że w przyszłości będę jeszcze wracał do Fight.
Oficjalna strona zespolu: www.airless.es
Guciomir luty 2009
|