|
Skład: Joel O'Keeffe - śpiew, gitara prowadząca; Ryan O'Keeffe - perkusja; David Roads - gitary, chórki; Justin Street - gitara basowa, chórki
Produkcja: Johnny K.
Chyba nie ma już na świecie fana dobrego, hard rockowego wymiatania, który nie słyszałby o australijczykach z Airbourne. Ci wierni naśladowcy elektryków z AC/DC, a mam tu na myśli braci Joela i Ryana O'Keeffe (chyba każdy ma nawet tu deja vu, nie?) postanowili założyć zespół. Joel grał na gitarze i śpiewał, a Ryan siedział za bębnami. Dokooptowali drugiego wioślarza i basistę i tak oto band był już w komplecie. W rodzinnym mieście Warrnambool szybko zdobyli uznanie i wzorem swoich starszych kolegów po fachu zaczęli szukać dla siebie większej publiki. Potrzebna była przeprowadzka, wylądowali więc w Melbourne. Większe miasto równa się większym możliwościom rozwoju. I faktycznie tak się stało. Oczywiście nic nie przyszło od razu. Sporym wyróżnieniem było otwieranie koncertów Rolling Stonesów w Australii. Znów deja vu. Kto wie, co mam na myśli? Potem przyszedł czas na mini-LP, zatytułowany Ready To Rock. To wystarczyło, by zwrócić na siebie uwagę Roadrunner Records.
Prawdziwa bomba wybuchła, gdy w roku 2007 ukazał się debiutancki krążek Airbourne Runnin' Wild. Krytycy jeden przez drugiego prześcigali się w pochwałach i superlatywach, jednogłośnie nazywając ich następcami AC/DC. Całości dopełnił efektowny klip do utworu tytułowego z udziałem samego Lemmy'ego Kilmistera, który ucieka wraz z zespołem wielką ciężarówką przed całą watahą policji. Dobijającym ciosem był klip do Too Much, Too Young, Too Fast, w którym panowie bez cienia wstydu wykreowali się na nowe AC/DC. Nawet dziś, po prawie czterech latach od czasu premiery, ta płyta kapitalnie się broni. Fajne, autostradowe grzanie, którego koniecznie należy słuchać głośno. No, ale skoro powiedziało się "A" to należy powiedzieć też "B". Na nowy album zespół kazał czekać trzy lata, bo dopiero w 2010 ukazał się krążek zatytułowany No Guts, No Glory. Przyznam, że obawiałem się tego dzieła. Często bowiem zdarza się, że druga płyta nie powtarza sukcesu pierwszej i rzadko ją przebija. W zasadzie nie jest tak źle, ale chyba wykrakałem. To wciąż jest to samo co na debiucie, z jednym wszakże wyjątkiem. Pomysłów wystarczyło zaledwie na kilka utworów to raz, po drugie płyta jest za długa, po trzecie najlepsze rzeczy są bonusami na edycji specjalnej. Kto to wymyślił, nie wiem ale moim zdaniem powinien za to pofrunąć. Kto zmusił zespół do nagrania tak długiej płyty? No, po co? Gorsze rzeczy należało odrzucić, albo dać na jakieś single, EP-ki czy podobnego typu rzeczy. Bez nich ten LP byłby o wiele ciekawszy i kopałby, jak trzeba i gdzie trzeba. Tymczasem z powodów wyżej wymienionych ta płyta w pewnym momencie zaczyna nużyć, wkurzać, a całość po prostu płynie. Co prawda zespół nie utracił talentu do pisania fajnych numerów, ale w wielu miejscach nie ma tego ognia znanego z debiutu. Zamiast tego są zupełnie przeciętne kawałki. Jedźmy od początku, czyli od Born To Kill. Niby to samo, ale mieszanie AC/DC ery Bona z AC/DC ery Johnsona (skojarzenia choćby z płytą Flick Of The Switch) jeszcze nikomu się nie udało. Mi się ten numer zwyczajnie nie podoba. Ba, mało tego, on mnie po prostu wkurza i nie bawi mnie nawet to zwolnienie. Dużo, dużo lepiej jest w singlowym No Way But The Hard Way, do którego nakręcono makaron na widelec, czyli wideoklip, oczywiście na modłę AC/DC, bo bardzo podobny do Hard As A Rock. To jest to Airbourne, jakiego każdy oczekiwał. Tu już nic nie ma prawa wkurzać. Jakże przyjemnie słucha się następnego w kolejce Blonde, Bad And Beautiful. Czyste, niczym nie skażone AC/DC. Bardzo fajny riff w zwrotkach i obowiazkowo chóralnie śpiewany refren. Nie bijcie, ale w pewnym miejscu mam skojarzenie z prześwietnym Guns For Hire. Z kolei Raise The Flag to taki manifest zespołu, w którego tytule panowie musieli koniecznie obwieścić, że rock'n'roll jest całkiem niezłą rzeczą. A tak w ogóle to mam wrażenie, że na tym krążku Airbourne chybnęło się bardziej w stronę późniejszego AC/DC, już z Brianem w składzie. Podoba mi się Bottom Of The Well, choć uważam, że popsuto refren, no ale może to ja się nie znam. Poza tym znów mam skojarzenie z Guns For Hire. Cholernie podobają mi się gitarowe solówki. No i te bluesowe zagrywki. Powiecie, że mam schizę, albo coś mi się poprzestawiało w głowie, ale takie White Line Fever to czyste Guns For Hire właśnie. No, niemal słyszę tu ten refren, a i wokalista tu i ówdzie podjeżdża sobie pod Johnsona. Mi się podoba. Solo również jakby wyjęte z tego kawałka. I chyba coś jest w tym moim twierdzeniu, bo It Ain't Over Til It's Over to wypisz-wymaluj Landslide. Komus coś nie pasuje? A to pech. Mi się podoba. Wiecie, gdy słuchałem po raz pierwszy tej płyty, nie dotarła ona do mnie jak należy. A dziś? No cóż, jest o niebo lepiej. I w takim Steel Town uparcie będę doszukiwał się podobieństw do Bedlam In Belgium. Wolno mi! Żeby jednak nie było aż tak mocno, to w Chewin The Fat znów mamy powrót do ery Bona. Choć nadal przemykają zapożyczenia z albumów późniejszych, to trochę mam za złe zespołowi ten zabieg. Skoro już było tak fajnie, to po co mieszać? I to solo jakieś takie dziwaczne. Tu jestem niestety "na nie", ten kawałek mnie nie przekonuje. Nadal jesteśmy w latach siedemdziesiątych wraz z Get Busy Livin', który pasowałby na album Powerage AC/DC. Utwór powiedzmy w stylu Up To My Neck In You czy Sin City. Początek Armed & Dangerous ładnie skojarzył mi się z Inject The Venom. Znów powrót do ery Briana, do AC/DC tym razem nieco łagodniejszego. Tylko tu nie ma pomysłu, ten kawałek jest po prostu przeciętny, a ja zaczynam wyglądać końca płyty. W podobnym tonie starszego AC/DC utrzymane jest Overdrive. Noga wystukuje rytm, ale to już z przyzwyczajenia. Zwyczajny kawałek, może trochę w stylu Snowballed, ale brakuje mu tej przysłowiowej, bożej iskry. Część podstawowa płyty kończy się utworem Back On The Bottle. Znów powrót do Flick Of The Switch, a konkretniej, jeśli już szukać porównań, to chyba najbliżej będzie do Badlands. Czas na bonusy. Kto na Lucypera pozwolił, by taki numer jak Loaded Guns trafił na dodatkowe wydawnictwo? Toż to kapitalny numer! Powinien otwierać ten album, a nie znajdować się w ogonie. To samo z długaśnie zatytułowanym My Dynamite Will Blow You Sky High (And Get Ya Moanin' After Midnight). Bardzo dobre AC/DC ery Bona. Nic dodać, nic ująć. Nie inaczej jest z trzema pozostałymi utworami: Rattle Your Bones, Kickin' It Old School oraz Devil's Child. Trzeba przyznać, że to bardzo fajne puszczenie oczka do fanów AC/DC, bo to przecież swobodna interpretacja starych utworów AC/DC. Kto chce, w pierwszym z nich może odnaleźć coś z What's Next To The Moon, w drugim co nieco z kapitalnego Gone Shootin', choć fakt faktem to nie to samo rzecz jasna. Trzeci to oczywista zabawa utworem Problem Child. Problem? Pani kochana, ależ to żaden kłopot!
Pora podsumować to wydawnictwo. Uważam, że popełniono błąd upychając ile się da na dwóch krążkach i opatrując je jednym tytułem. O wiele lepszym zabiegiem byłoby podzielenie ich na dwie odrębne i co najważniejsze - równe płyty. Niestety panowie z Roadrunnera mają tendencję do psucia zespołów i wydawnictw wydawanych pod swoją banderą. Przykładów tego typu postępowania jest aż nadto. Po drugie, tu przydałby się lepszy producent, np. ktoś na miarę nieodżałowanego Bruce'a Fairbairna, czy może nawet sam Rick Rubin. No Guts, No Glory nie jest złym wydawnictwem. Jest po prostu nierówne i tyle. Gdyby podzielić je na dwie części, to każda z nich byłaby kapitalnym krążkiem. Nie jest jednak tak źle, a wielkim też się zdarzały mniejsze, czy większe wpadki, więc nie narzekajmy. Ode mnie mimo wszystko nota w okolicach 8/10. Polecam fanom rasowego, hard rockowego grzania. Na koniec parafrazujac sędzinę Wesołowską,: to wszystko co krytyk miał do powiedzenia w tej sprawie, zamykam recenzję. Dziękuję Państwu.
Oficjalna strona zespołu: www.airbournerock.com
Vincent luty 2010
|