|
Skład: Steven Tyler - śpiew, harmonijka ustna; Joe Perry - gitary; Tom Hamilton - gitara basowa; Joey Kramer - perkusja; Brad Whitford - gitary
Produkcja: Steven Tyler, Joe Perry, Jack Douglas i Marti Fredriksen
Powiem wprost i bez ogródek, nigdy nie przepadałem za zespołem Aerosmith i fanem tegoż ansambla już chyba nie zostanę. Ich kompozycje nigdy nie potrafiły mnie porwać, melodie zachwycić, a balladom jakoś nie udało się doprowadzić mnie do stanu mentalnej lewitacji. Reszty dopełniał głos pana Tylera, który niejednokrotnie po prostu mnie irytował miast zachwycić siłą i ekspresją. Za każdym razem, kiedy gdzieś zdarzyło mi się zasłyszeć utwór Aerosmith, bądź w ramach chęci "samoprzekonania" włączyłem jakąkolwiek ich płytę, zastanawiałem się, gdzie tkwi sekret ich sukcesu? Automatycznie nasuwała mi się jedna odpowiedź: "cholerne szczęście". W przekonaniu tym utwierdzały mnie tylko kolejne dokonania grupy, takie płyty jak Nine Lives, czy Just Push Play, z których wiało nudą, a skutki nieudolnego tworzenia "hitów za wszelką cenę" były aż zanadto słyszalne. Takie "kluchy" jak koszmarne pieśnidło (równie koszmarne jak film, który "ozdabiało") I Don't Wanna Miss A Thing dolewały tylko oliwy do ognia. Na zespole Aerosmith postawiłem krzyżyk bo w moim mniemaniu za starzy już byli na dokonanie cudu, który spowodowałby zmianę mojego zdania. No cóż, czasy Toys In The Attic dawno już minęły... Z wielkim przeto ociąganiem i bez specjalnego przekonania, nastawiony raczej na kolejną dawkę sarkazmu i krytyk z mej strony, sięgnąłem po ich najnowsze nagrania zawarte na płycie o tak wdzięcznym jak zabawnym tytule Honkin' On Bobo (Niech mi ktoś wytłumaczy, co ów tytuł oznacza). Cóż, powiedzieć, że zostałem zaskoczony to mało, bo wraz z najnowszą płytą panowie Perry, Tyler i spółka, postanowili kupić mnie i podobnych mi Aerosceptyków.
Honkin' On Bobo opiera się na świetnym i nie - tak - znów - ryzykownym, jeśli chodzi o zespół cieszący się tak wielką popularnością, koncepcie. Na płycie zamieszczono 11 bluesowych standardów plus zupełnie nowy utwór Aerotatuśków Grind, który, o dziwo, w niczym nie ustępuje reszcie. Cały mój nieskrywany entuzjazm spowodowany został faktem, iz wreszcie usłyszałem, że panowie grają to, co tak naprawdę kochają, co ich inspirowało i w czym czują sie najlepiej. Ogromną radość sprawił mi również absolutny brak tak typowych dla zespołu rozlazłych, wyzutych z jakiegokolwiek pomysłu ballad. Jest za to bardzo żywiołowo, porywająco. Energetyczne Road Runner (z subtelnym udziałem Strusia Pędziwiatra na wokalu), Shame Shame Shame, czy arcystandard grany przez rzesze rockmanów (no na przykład przez monsieur Teda Nugenta, legendarny zespół Them, czy Budgie) Baby Please Don't Go. Steven Tyler zaskakuje witalnością nie męcząc uszu słuchacza przesadnym wydzieraniem paszczy. On po prostu śpiewa tak, jak śpiewać powinien i w tym momencie można docenić go jako wokalistę, który wreszcie odnalazł się w odpowiednim repertuarze. Dwa razy szerokoustny Steve do mikrofonu dopuścił swego przyjaciela Joe Perry'ego, który z bardzo pozytywnym wynikiem wykonał kawałki Back Back Train i Stop Messin' Around. Oba niezwykle udane, odpowiednio surowe i wykonane z prawdziwą pasją bluesmana, który po swój talent pewnej sierpniowej nocy udał się na rozdroża. Godny najwyższej oceny jest pomysł ozdobienia Back Back Train chórem gospel, szczerze przyznam, że zawsze "brały mnie" takie zabiegi. Wielkie brawa. Punktem głównym płyty dla niżej podpisanego jest po mistrzowsku wykonane, niepokojące I'm Ready z repertuaru Williego Dixona. Wszechobecna harmonijka ustna buduje tu niezapomniany klimat, Joe Perry czaruje dźwiękami swej gitary, które to dźwięki, wreszcie, wreszcie są takie jak być powinny. Wszystko zagrane jest z feelingiem, lekkością, pomysłem. Utwory spokojniejsze, rozbujane, w sam raz do przytulania z piękną Rock And Roll Woman, takie jak Never Loved A Girl, czy wspomniany na początku The Grind dopełniają całości. Mnogość instrumentarium, czasem tak prostego jak ręce, lub odpowiednio dobrany głos, częściej jednak wspaniale klasycznego reprezentowanego przez gitary, Hammondy, dęciaki, Joe Perry nie stroniący od grania techniką slide, oprócz wiecznie młodych, wiecznie świeżych standardów to główne walory Honkin' On Bobo.
Tak, przy tej płycie mój uśmiech nie jest już szyderczy, lecz jak najbardziej "rozkoszny" i to nie tylko z tego powodu, że jestem fanem takiego własnie grania... Zespołowi Aerosmith wreszcie udało się dokonać cudu i pozytywnie mnie zaskoczyć. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo. Szkoda tylko, że dokonali tego za pomocą zestawu coverów, a nie swoich autorskich utworów, cóż... Grunt, że płyta jest więcej niż bardzo dobra. Cieszę się niezmiernie, że w XXI wieku wciąż słuchać możemy takiej muzyki, takich dźwięków, że to wszystko nie rozmyło się pod rwącym nurtem rzeki historii. Ok, niech wam będzie, I Don't Wanna Miss A Thing wrzucam w ów bezlitosny nurt historii, niech odpływa...
P.S. Gratką dla kolekcjonerów i wielbicieli "ładnych rzeczy" jest specjalne wydanie płyty, wzbogacone o śliczne pudełko, w którym do płyty dołączony jest breloczek - grająca harmonijka ustna.
Oficjalna strona zespołu: www.aerosmith.com
BlackHeart czerwiec 2004
|