|
Skład: Tato Deluca - śpiew; Bruno Ladislau - gitara basowa; Denison Fernandes - gitary; Chrystian Dozza - gitary; Eloy Casagrande - perkusja
Produkcja: Ricardo Nagata
W zasadzie omijam wydawnictwa metalowe zespołów pochodzących z krajów Ameryki Południowej. Są oczywiście nieliczne wyjątki, takie jak debiut brazylijskiego Aclla. Płyta Landscape Revolution ukazała się rok temu, ale dzięki kanadyjskiej wytwórni Metalodic Records, pojawiła się ona raz jeszcze, poszerzona o dwa dodatkowe, bonusowe utwory.
Oko przyciąga okładka, na której widnieje przesympatycznie szczerząca zęby rybula. Czy też coś na kształt rybeńki. Jakaś arcywściekła lub zmutowana pirania, czy coś takiego. Słuchając zawartości srebrnego krążka podziwiałem bardzo fajnie pracujące gitary, wspaniale ustawioną i gnającą na złamanie karku sekcję rytmiczną oraz obdarzonego bardzo dobrym i pasującym głosem, wokalistę. Wszystko to zostało świetnie zrealizowane, całość brzmi bardzo energetycznie i potrafi przyciągnąć ucho słuchacza na dłużej. Nie wiem tylko, dlaczego w niektórych opisach stoi "power metal". Moim zdaniem, choć pewne elementy tego stylu są na tym LP słyszalne, to całość brzmi raczej jak próba naśladowania lub może wzorowania się na najlepszych wzorcach heavy metalowych i hard rockowych. Gdyby się uprzeć, to w tych agresywniejszych partiach można usłyszeć co nieco Accept z Dirkschneiderem na wokalu. Jest też sporo gitarowych łamańców i zmian tempa, co sprawia, że ten album jest bardzo dynamiczny i dobrze się go słucha. Patrząc na kraj pochodzenia zespołu (Brazylia) obawiałem się, że będzie tu dużo marakasów, galopad na spienionym Lucyferze i irytujących, wysokich i piszczących wokali. Tymczasem od początku płyty i utworu Totem zostałem przyjemnie zaskoczony mocnym, motorycznym riffem, rodem z najlepszych heavy metalowych krążków. Może nie jest to szczyt możliwości zespołu, ale na mnie robi to dobre wrażenie. No i ten pewnie śpiewający i to dość nisko, wokalista. Nie wiem, gdzie go wsadzić. Ma w głosie coś z barwy Cornella i gdy wyciąga te swoje górki, to robi to bardzo ciekawie. Rzadko który gardłowy ma tak naturalną chrypę. Pierwszą próbę naśladowania wspomnianego Accept mamy w marszowym, może nawet i epickim The Hidden Dawn. Tu z kolei w tych wokalach nie tylko będzie coś z Cornella, ale także dalekie echa Udo i... Cansa z Hammerfall. Całość, jak wspomniałem, jest nieco wolniejsza, ale te gitarowe riffy i dudniąca sekcja nadal mogą się podobać. Proszę zwrócić uwagę na ten łatwo wpadający w ucho refren. Czy panowie Templariusze ze Szwecji nie konstruowali podobnych? Podoba mi się także te mocarne zwolnienie i demolujący, powłóczący bas, brzmiący niemal identycznie jak instrument Baltesa na ostatnim wypieku Accept w Teutonic Terror. Wolno, majestatycznie i baaardzo amerykańsko rozpoczyna się Under Twilight Skies. No, posłuchajcie tego, czy nie ma tu zapożyczeń z Soundgarden? Jaka szkoda, że cały kawałek nie jest utrzymany właśnie tak, jak brzmią zwrotki. Ten refren nie jest tak do końca zły, ale czy ta druga część pasuje w stu procentach? Oczywiście nie można mieć tu zastrzeżeń do pracy instrumentalistów, mam jednak wrażenie, że można to było rozegrać i przemyśleć inaczej. Jak wskazuje tytuł następnego utworu, Ride, musiało to zabrzmieć bardzo energetycznie i mocarnie. I tak właśnie jest. Dobry numer do pędzenia przed siebie z pedałem gazu wbitym w podłogę. Autostradowe grzanie i nic ponad to. Po raz kolejny na tym LP pojawia się demolująca zmiana tempa, a po nim rasowa, heavy metalowa solówka na wirtuozerskim poziomie. Jest to na pewno jeden z najlepszych utworów spośród zaprezentowanych na tym CD. Wspominałem, że jest tu coś z rejonów hard rockowych. No, bo co powiedzieć o takim Living For A Dream? Heavy metal to za dużo, ale amerykański hard rock? Jak najbardziej. Szkoda jednak, że brzmiący tak szablonowo. Co prawda zwrotki jeszcze tragedii nie zapowiadają ale ten, hmmmm, no nie najlepszy refren psuje dobre wrażenie. Na pocieszenie jest jednak ładne zwolnienie, gdzie można posłuchać sobie fajnej solówki. Proponuję zwrócić uwagę na tło. Ach, gdyby było troszkę bardziej wyeksponowane... Tak groźnie zatytułowane kawałki jak Jaguar muszą budzić zainteresowanie. Dobry wstęp i... potem nic. Niby jest bardzo mocno, drapieżnie i morderczo, ale co z tego? Zupełnie nie przemawia do mnie to nagranie. Wręcz mnie wkurza. Próba naśladowania najbardziej agresywnych utworów Accept tym razem się po prostu nie udała i tyle. Overcoming to bardzo ładny, basowy wstęp, który płynnie przechodzi w średniej klasy, amerykański heavy metal. Dobrze się tego słucha, wszystko jest na swoim miejscu, ucho przyciąga dobrze zmajstrowany refren, dobrze grające gitarki i takaż sekcja. Niestety jest to jednak wszystko, na co było stać zespół w tym numerze. By być sprawiedliwym, pochwalę dodatkowo za bardzo fajne solo. Landscape Revolution kończy się tak szybko, jak się zaczyna, w zasadzie jest to króciutki przerywnik i nic ponadto. Taki wstęp do agresywnego Flight Of The 7th Moon. Szkoda tylko, że znów refren jakoś tak odstaje nieco od reszty utworu. Zastanawiam się tylko, jak zabrzmiałby tu Dirkschneider lub Ralf Scheepers. To jest taki numer w stylu Primal Fear. Kto lubi, temu może przypaść on do gustu. Jedyną różnicą jest znacznie większa ilość kombinowania w obrębie gitar, gdzieniegdzie może się kojarzyć z wygibasami samego Dave'a Mustaine'a. I tu w tym konkretnym przypadku nie jest to zarzut. Przeciwnie, te zgrabnie wplecione zagrywki bardzo tu pasują. Trace to bardzo udana, heavy metalowa ścieżka. Tym razem wszystko tu pasuje, nic nie zgrzyta i nie irytuje. Bardzo podoba mi się praca gitary solowej w refrenie. Znów mam deja-vu z niektórymi utworami Megadeth. Rudzielec często urozmaicał swoje numery w taki właśnie sposób. Na uwagę zasługują popis basisty i wypasione, gitarowe solówki. Mamy tu także zaskakujące, krótkie zwolnienie. No tego się nie spodziewałem. Potem wszystko wraca do normy, refren i koniec. Jest to z całą pewnością jeden z najlepszych momentów na tym LP. Akustyczną miniaturą rozpoczyna się Beyond The Infinitie Ocean. Słucha się tego z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem. Potem robi się agresywnie i bardzo heavy metalowo. Zastanawiam się, dlaczego panowie z Hammerfall nie mają podobnych pomysłów na pisanie swoich własnych kompozycji. Tu Cans bardzo by pasował. W pewnym momencie robi się bardzo rycersko i zapewne z tego powodu przyklejono łatkę "power metal". Tu faktycznie ona pasuje, jednak do całości płyty i całości tego utworu na pewno nie. Udało się jednak znaleźć pomysł na fajną, wpadającą w ucho melodię i za to należą się pochwały. Znów Megadeth w solówce... Na każdym tego typu rodzaju (no, prawie każdym) musi się znaleźć przynajmniej jeden balladowy kawałek. Tu rolę tę pełni akustyczny i taki, hmmmm, nieco bluesowy Sun N' Moon. Bardzo fajna rzecz, której bardzo przyjemnie się słucha. Utwór ten kończył wersję płyty, która pierwotnie ukazała się rok temu. Na ponownie wydanej Landscape Revolution znalazły się dwa dodatkowe kawałki. Pierwszy z nich to mocarny Who Brings On The Night. Kłania się niemieckie, kwadratowe grania spod znaku Accept i innych niemieckich zespołów. Jest tu też co nieco z klimatów power metalowych, głównie w tempie kawałka. Ogólnie przeciętna propozycja, choć może się podobać to agresywne riffowanie. Drugi bonus to jakże hammerfallowy Sunight. No, tu wszystko wręcz ocieka pewnym bardzo znanym kawałkiem Templariuszy. Czy to źle? Nie chcę wyrokować, mi się podoba i tyle. Dobry heavy metalowy numer, w sam raz na zakończenie wydawnictwa.
Jak na płytę z tamtych rejonów świata jest bardzo dobrze. Co prawda są tu mielizny, ale jeśli się weźmie pod uwagę, że jest to album debiutancki, to zbyt surowym być nie można. Niech więc będzie, że jest to bardzo obiecująca i dobrze wyrokująca propozycja zespołu, który ma potencjał na znacznie więcej. Myślę, że nota 7,5/10 będzie wystarczająca. Z sympatią będę przyglądał się dalszym postępkom Brazylijczyków. Póki co, umiarkowanie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.aclla.com.br
Vincent sierpień 2011
|