|
Skład: Ace Frehley - śpiew, gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; Tod Howarth - gitara prowadząca i rytmiczna, chórki; John Regan - gitara basowa, chórki; Anton Fig - perkusja, instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Arthur Stead - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Eddie Kramer i Ace Frehley
W 1983 roku, po rozmaitych perturbacjach alkoholowo-wypadkowych, Ace Frehley został wyrzucony z KISS i wkrótce potem postanowił zbudować wokół siebie nową grupę muzyków. Do współpracy zaprosił m. in. swojego starego przyjaciela, perkusistę Antona Figa (ex- Shanghai), gitarzystę Toda Howartha (znanego z występów w AOR-owym 707) oraz basistę Johna Regana i obsługującego instrumenty klawiszowe Arthura Steada. Nowo powstała formacja przyjęła później nazwę Frehley’s Comet i po zarejestrowaniu kilku dem udało się jej podpisać kontrakt płytowy. Wcześniej jednak debiut tego zespołu ujrzał światło dzienne w roku 1987 jeszcze pod nazwiskiem Ace'a Frehleya.
Już przy pierwszym słuchaniu płyty nie sposób nie zwrócić uwagi na jej różnorodność. Ekipa Frehleya mnoży bowiem rozmaite nastroje, od złowieszczego, poprzez melancholijny, aż po radosny, co nie pozwala na chwilę nudy. W grze tej kompanii jednocześnie słychać pewne doświadczenie, dlatego kolejne utwory przy całej swojej prostocie brzmią tak, jakby były napisane od niechcenia, a mimo to szybko zapadają w pamięć. Zaczyna się to wszystko od marszu, zwiastującego nadejście rockowych bohaterów. Rock Soldiers nie jest może szczególnie wyrafinowany, ale naśladująca werble perkusja, zdecydowane riffy i melodeklamacja lidera grupy udanie wprowadzają nieco mroczny klimat. Niektórym ten kawałek może wydać się przydługi, ale cierpliwość zostaje wynagrodzona, gdy dochodzimy do drugiego w zestawie Breakout. To już hardrock pełną gębą, w starym, "kissowym stylu", skomponowany z udziałem Erica Carra, który też odcisnął na nim swoje piętno. Pod koniec trzeciej minuty w to połączenie nerwowo pulsujących gitar z szorstkimi wokalizami wkrada się znakomite gitarowo-perkusyjne solo, w którym o palmę pierwszeństwa ścigają się Ace Frehley i Anton Fig (z rezultatem remisowym). Z kolei Into The Night jest jak dla mnie wzorcem rockowej ballady lat 80-ych, ze wspaniałą melodyką (proszę posłuchać, jak pięknie przechodzi tu zwrotka w przedrefren i jak szybko wpada w ucho refren), idealnie zespoloną pracą gitar, które w tej pościelówie tworzą tzw. podwójną oś, jakby uzupełniając kompozycję o równoległą melodię, i subtelnie użytymi, nie nachalnymi klawiszami. Prawdziwe cudeńko autorstwa Russa Ballarda! Dalej formacja nie spuszcza z tonu i funduje fanom Something Moved, szybszy numer oparty na pokręconym riffie, przywodzącym na myśl dokonania Stryper (to wrażenie potęguje zwłaszcza zwolnienie po drugiej zwrotce), a także na odbiegających od schematów partiach wokalnych. Przepity, trochę wytłumiony głos "Spacemana" sprawdza się i w takim repertuarze. Bardziej szablonowo jest w We Got Your Rock, co nie oznacza, że tę piosenkę należy zlekceważyć. Taki hard rock w stylu początku lat 80-ych, z grubo ciosanymi riffami, wyeksponowaną pracą perkusji i chóralnym skandowaniem w refrenie ma swój urok. Szczególnie, że bębnienie Figa, z łamaniem rytmu i stosowanymi z wyczuciem pauzami, zasługuje na oklaski. Mocno taneczny, funkowy w swojej naturze Love Me Right raczej nie wnosi do albumu niczego szczególnego (podoba mi się tu głównie solówka). Calling To You to przeróbka AOR-owego przeboju zespołu 707, zatytułowanego Megaforce, napisanego niegdyś przez Toda Howartha. W wersji ekipy Frehleya przybiera ona kształt wesołych hitów Def Leppard, przynajmniej jeśli chodzi o specyficzne brzmienie gitary prowadzącej. Przyznam, że słuchając oryginału odnoszę wrażenie, że brakuje mu porządnego refrenu, który został dopieszczony dopiero przez załogę "Spacemana"... Żartobliwy, stylizowany na dziecięcą melodyjkę Dolls, został napisany dla córki Frehleya (zresztą pojawia się ona w chórkach). Wypadł tyleż śmiesznie, co zgrabnie, a w warstwie aranżacyjnej można się tu doszukać podobieństw do Dream Police Cheap Trick, zwłaszcza jeśli chodzi o klawisze, udające pozytywkę. Stranger In The Strange Land to rzecz zdecydowanie poważniejsza, stylistycznie mocno zakotwiczona w tradycyjnym, surowym, amerykańskim funku. Dobrym uzupełnieniem budowanej przez tę kompozycję atmosfery jest świdrujące, shredderskie solo Ace’a. Kończący wydawnictwo Fractured Too kontynuuje tradycję dziwacznych utworów instrumentalnych, zamieszczanych na każdym wydawnictwie sygnowanym nazwiskiem eks-gitarzysty KISS. Tym razem jest on przesiąknięty ciepło-psychodelicznym, melancholijnym duchem Led Zeppelin i trwa dwa razy za długo, ale być może miał w zamierzeniu uspokoić i wyciszyć słuchacza...
Nie da się ukryć, że materiałem zawartym na krążku Frehley’s Comet "Spaceman” pokazał plecy swoim byłym kolegom z KISS, którzy w latach 80-ych popadali w coraz większą przeciętność. Gdyby nie dwa utwory - pierwszy i ostatni - album musiałbym uznać za bardzo dobry, a tak poprzestaję na określeniu "dobry”. Z pewnością ucieszy fanów szeroko pojętego rocka lat 80-ych.
Oficjalna strona artysty: www.acefrehley.com
Hardlover luty 2010
|