|
Skład: Ace Frehley - śpiew, gitara, gitara basowa
Gościnnie: Anthony Esposito - gitara basowa w [1,3, 6-8, 10]; Derek Hawkins - gitara rytmiczna w [2]; Anton Fig - perkusja w [1-3, 5-9, 11]; Scott Coogan - perkusja i chórki w [3, 10]; Marti Fredriksen - gitara basowa, instrumenty klawiszowe i chórki w [4]; Brian Tichy - perkusja w [4]; Pearl Aday i Kari Kimmel - chórki w [5]; Monique Frehley, Ashley Suppa, Danielle Ciccimarra i Dominique Ciccimarra - chórki w [9]
Produkcja: Ace Frehley i Marti Fredriksen
Zapewne starych fanów twórczości Ace’a Frehleya zelektryzowała wiadomość o wydaniu przez niego pierwszego od 20 lat premierowego materiału. Zwłaszcza, że na nowym albumie jawi się on jako człowiek-orkiestra, występujący w roli wokalisty, gitarzysty i producenta (choć gwoli ścisłości trzeba dodać, że wspomaga go całkiem pokaźna grupa doborowych instrumentalistów). Być może jest to spowodowane faktem, że artysta traktuje ów krążek jak bardzo osobistą wypowiedź, coś, co chciał pokazać światu od wielu lat. Nie odcinając się od tego, co stworzył przed laty, niemniej jednak podążając w nieco innym kierunku, niż w czasach swoich występów w KISS czy we Frehley’s Comet. Ale od początku...
W porównaniu z muzyką zawartą na płytach wspomnianego Frehley’s Comet, czy też na wcześniejszych płytach solowych naszego bohatera, ta na Anomaly generalnie charakteryzuje się brudniejszym brzmieniem (aczkolwiek nie wszędzie, zadbano bowiem o dużą różnorodność tego materiału), nieco mniejszą dawką melodyjności, koncentracją na gitarowej strukturze utworów. W kilku momentach, zwłaszcza w solówkach, możemy usłyszeć psychodelię rodem z końca lat 60-ych, skonfrontowaną ze specyficznym frazowaniem wokalisty, gdzieniegdzie pojawiają się też echa KISS. Już inaugurujący całość Foxy & Free daje do zrozumienia, z czym głównie będziemy mieć do czynienia. Nieomal metalowy riff napędowy jest lekką zmyłką, gdyż klimatowi i strukturze tej kompozycji blisko do numerów Jimiego Hendrixa, co podkreślają: ni to skandowanie, ni to melodeklamacja Frehleya oraz hałaśliwa solówka zagrana ze zmodulowanym w specyficzny sposób brzmieniem gitar. Mającemu podobne tempo Outer Space bliżej już do co cięższych piosenek z Trouble Walkin’, na pierwszy plan wybijają się tu niepokojąco ciężka gitara rytmiczna i perkusja wystukująca średnie, choć gęste od bitów tempo. Taki sam klimat cechuje Pain In The Neck, szczerze mówiąc najmniej przeze mnie lubiany w całym zestawie, gdyż mało melodyjny, brzmieniowo nieodległy od muzyki alternatywnej. Na tym tle zaskakuje Fox On The Run, świetny cover evergreenu The Sweet. Jest to przykład na to, jak stary przebój może zostać wzbogacony przez nową aranżację, jednocześnie nie tracąc nic ze swojego pierwotnego charakteru. Wyśpiewywany przez pana za mikrofonem refren jest w połączeniu z tymi dźwiękami zaraźliwie chwytliwy, nie sposób nie zacząć sobie tego nucić pod nosem. Podczas dalszego słuchania należy zamknąć oczy i wyobrazić sobie Daleki Wschód, ponieważ taką atmosferę wprowadzają orientalnie brzmiące, akustyczne zagrywki na początku prawie całkowicie instrumentalnego (wyjątkiem są dwa wersy, powtarzane przez chórek) Genghis Khan. W tej części podróży dominuje snujący się w zeppelinowskim rytmie, trochę monotonny, transowy riff, skontrastowany z psychodelicznymi chórkami i lekko rozmytymi, choć mistrzowsko zagranymi solówkami, jakby wyjętymi z epoki dzieci-kwiatów. Szósty z kolei Too Many Faces swoją charakterystyczną, zawadiacką melodią i prostymi riffami nawiązuje do starego KISS, to ten sam rodzaj energii, bazującej na starym, dobrym, jankeskim hard rocku. Przesiąknięty duchem The Beatles, balladowy Change The World, to mój zdecydowany faworyt z tej płyty, błyskawicznie chwytający za serce, zarówno swoją melodią, jak i szlachetnym przesłaniem. Co ciekawe, zdarty do niemożliwości głos Ace’a doskonale sprawdza się w tego typu repertuarze. Numer bardzo ładny, zaopatrzony w "hippisowską" solówkę, dobrze komponującą się z aranżacją. W instrumentalnym Space Bear zarówno praca perkusji jak i heavy bluesowe riffy przywodzą na myśl wczesne Led Zeppelin; wrażenie nawiązania do słynnego Black Dog potęguje wspomagana szalejącymi bębnami (Anton Fig dosłownie wychodzi z siebie i staje obok) gęstwina riffów w końcówce. Chyba na zasadzie kontrastu na pozycji numer dziewięć umieszczono słodką, akustyczną balladę, A Little Below The Angels. Prościutką, choć mającą - jak mawia mój kolega - "coś, co łapie za twarz i nie chce puścić". Pięknie zaaranżowaną, choć bardzo przypominającą Learning To Fly Toma Petty’ego. Ciekawostką są tu doskonale dopasowane partie dziecięcego chórku, w którym śpiewa m. in. córka wokalisty, Monique. Jeśli komuś zaczęło brakować klimatów KISS, wracają one w "kissowym" do szpiku kości Sister - utwór jest w średnim tempie, perkusja harcuje wystarczająco szybko, gitara gra prosto i prawidłowo uzupełnia skandowanie gardłowego. Zupełnie niespodziewanym zwrotem akcji jest natomiast It’s A Great Life, mocno zakotwiczony w amerykańskim, tradycyjnym funku, choć z drugiej strony swoją melodyką dość wyraźnie nawiązujący do Dolls z debiutu Frehley’s Comet (refren to chyba świadomy autoplagiat). To interesujące połączenie wyszło wszystkim na zdrowie, gdyż piosenka błyskawicznie wpada w ucho. Tradycją albumów "Spacemana” jest umieszczanie na ich końcu instrumentalnych Fractured, opatrzonych liczbą porządkową; tym razem padło na zwiewny jak poranna mgiełka Fractured Quantum. Myślę, że nadawałby się na muzykę ilustracyjną do jakiegoś filmu, gdyż swoją lekkością i dozą melancholii przywołuje na myśl te najspokojniejsze wynurzenia zapomnianego zespołu Zebra.
Zawsze uważałem, że solowe dokonania legendarnego "Spacemana” są bardziej wartościowe od muzyki KISS i Anomaly tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Album polecam wszystkim osobom o otwartych głowach, lubiącym również krążki odbiegające od schematów typowych dla lat 80-ych. Bo fani pewnie i tak już go znają...
Oficjalna strona artysty: www.acefrehley.com
Hardlover październik 2009
|