|
Skład: Brian Johnson - śpiew; Angus Young - gitary; Malcolm Young - gitary; Cliff Williams - gitara basowa; Phil Rudd - perkusja
Produkcja: Brendan O'Brien
Gorące anioły i zimne diabły na czarnym lodzie, czyli wielki powrót AC/DC. Oto album, na który czekałam z taką niecierpliwością chyba najdłużej w swoim życiu. Wreszcie jest!
Po piosence Rock N Roll Train, której riffu nie da się pomylić z żadnym innym oraz również wcześniej wysłuchanym rewelacyjnym War Machine miałam już jego przedsmak. Starałam się wyobrazić sobie, jaki wpływ mają te kawałki na resztę materiału, co tym razem wymyślili szaleni chłopcy z Australii. Kolejnym kawałkiem na płycie po "pociągu" jest Skies On Fire. Zaczyna się dość spokojnie, prosty podkład perkusyjny i solidny riff. Brian zaczyna śpiewać, ale... pierwsza moja myśl: mało czadu! Poczekamy do refrenu. Ten, niestety nie okazał się zbyt jajcarski. Ot, klasyczna kompozycja w stylu AC/DC, nie powiem, że zła, ale spodziewałam się czegoś ciekawszego. Powiało nudą, myślę sobie: okay, to zwolnienie pomiędzy ekscytującą grą wstępną (wspomniany utwór numer jeden) a przejściem do sedna sprawy i miałam rację. Słucham więc dalej: oho, tu impreza powoli się rozkręca, piosenka zaczyna mi pasować już od samego początku. Jest energia, pomysł, radość grania. Jest nieźle. W tym momencie rozpoczyna się pasmo świetnych utworów. Rozbraja mnie Anything Goes. Jest to coś zupełnie świeżego, i gdyby nie znajomy głos pana Johnsona powiedziałabym na samym początku, że gra to jakaś inna oldschoolowo rockująca kapela. Pierwsze wrażenie, ale po chwili słychać już klasyczne Akka Dakka. Jest to dla mnie zaskoczenie na taką skalę, co Can't Stand Still na ostatniej płycie Stiff Upper Lip. Jak na nich to całkiem, rzekłabym, "słodki" song. Idziemy dalej: Smash N Grab (porządnie), Spoilin For A Fight - w tym ostatnim słyszymy 100% starego grania. AC/DC powróciło w pełnej krasie. Już w tym momencie mogę powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana. Rock 'n' Rolla nigdy za mało, dlatego słuchanie Wheels sprawia mi dużą przyjemność. Decibels nazwałałabym ostrzejszym bluesem. Dalej zaczyna dziać się coś dziwnego, w kawałku Stormy May Day słyszę inspiracje Johnem Mayallem. Pewnie to tylko moje wrażenie, ale coś w tym musi być, skoro od razu nasunął mi się on na myśl. Natomiast sam początek Rock N Roll Dream to bardzo zwolniony wstęp do vanhalenowskiego AFU - Naturally Wired ("90 days on the road is what I need; When my axe cuts me deep, I let it bleed..." - zwróćcie uwagę na ten moment!). Jak dla mnie najlepszym kawałkiem na tej płycie, który spokojnie mógłby stać się megahitem, jest She Likes Rock N Roll. Ta moc narastająca w refrenie, aż chce mi się śpiewać razem z wokalistą, już wyobrażam sobie co będzie się działo na koncercie. Podobnie Money Made. Radosna zabawa z melodią. Podsumowując, krążek rzekłabym pełen kontrastów, jest ostro, jest i delikatniej. Znajdziemy tu zarówno gorące anioły jak i zimne diabły. Chłopaki wedle tradycji bawią się także swoimi tekstami. Nadeszła pora na tytułowy kawałek. Zaczyna się interesująco, riff niczego sobie. Już mniej przebojowo, ale konkretnie, surowo i melodyjnie. Mamy czas na ochłonięcie i.... odpalenie tej płyty jeszcze raz
Dlatego też z nieukrywanym entuzjazmem wsiadam z powrotem w rock n rollowy pociag i jadę dalej. Zatem już po chwili zamiast gwizdu konduktora tudzież typowych zapowiedzi 'dworcowych' z głośników słychać lekko ochrypnięty głos: One hot angel, one cool devil...
Oficjalna strona zespołu: www.ac-dc.net
AC październik 2008
|