Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ACACIA AVENUE - Acacia Avenue [2010]
Wydawca: Lion Music

  1. Don't Call Me Tonight
  2. Hold On
  3. An Illusion
  4. Jamie's In Love
  5. Can't Make You Stay
  6. Mad Antenna
  7. Wait No More
  8. No Looking Back
  9. Just Wanna Be With You
  10. Let Go
  11. Digging
Acacia Avenue

Skład: Tony Mills - śpiew; Geir Rönning - śpiew; Torben Lysholm - śpiew; Lars Säfsund - śpiew; Torben Enevoldsen - gitara, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, śpiew; Thomas Heintzelmann - perkusja
Gościnnie: Carsten Neumann - gitara basowa w [3]

Produkcja: Torben Enevoldsen

Acacia Avenue to ponoć metafora na określenie przeciętnej, zamieszkanej przez klasę średnią uliczki na brytyjskich przedmieściach. Nazwę tę rozsławiło m. in. Iron Maiden w jednej ze swych klasycznych już piosenek, ale tym razem pod szyldem Acacia Avenue mamy do czynienia z muzycznym projektem prezentującym swój eponimicznie zatytułowany debiut.

Tak więc mamy kolejny projekt, zbieraninę różnych muzyków, którzy pod wspólnym sztandarem próbują czegoś teoretycznie nowego. Tym razem zbiórkę zorganizował duński gitarzysta i kompozytor Torben Enevoldsen, znany fanom muzyki choćby z płyt solowych, progmetalowego zespołu Section A, czy hard rockowej grupy Fatal Force. Enevoldsen postanowił nagrać krążek w stylistyce melodyjnego hard rocka, zahaczającego także o AOR i na jego potrzeby skomponował około dwudziestu piosenek, z których na debiucie znalazło się ostatecznie 11. Muzyk zarejestrował wszystkie partie gitar i klawiszy, większość partii basu, a nawet użyczył swego głosu, resztę obowiązków przekazał doborowej załodze, która stała się również po części współkompozytorami materiału. I tak za mikrofonem jako pierwszy pojawił się Tony Mills (TNT, Siam, Shy) jako wokalista i współkompozytor dwóch utworów, po nim dołączył do formacji Geir Rönning (Radioactive, Prisoner) i wspomógł Torbena swym gardłem w trzech kawałkach. Ponadto w grupie odnajdujemy też Torbena Lysholma (Pangea, Mysterell) śpiewającego w dwóch ścieżkach, w tym również jako autora tekstu jednej z nich, a także Larsa Säfsunda (W.O.A.) gardłującego w jednym nagraniu, do tego w spisie płac figurują jeszcze perkusista Thomas Heintzelmann (Section A, Decoy) i basista Carsten Neumann (Savage Affair); ten ostatni obsłużył cztery struny tylko w trzecim numerze. Na pierwszy ogień idzie Don't Call Me Tonight, najlepszy moim zdaniem z całego zestawu, gdzie za mikrofonem błyszczy mr Mills. Piosenka jest bardzo przebojowa, z wyraźnymi odwołaniami do melodyjnej stylistyki lat osiemdziesiątych, a Tony nie wygłupia się tu jak na ostatnich krążkach TNT, a śpiewa tak, jak to niegdyś robił w szeregach Shy i Siam. Same riffy przewodnie w utworze kojarzą mi się z zeszłorocznymi dokonaniami Solna (jak by nie patrzeć, też swego rodzaju supergrupa). Podobna rytmika, brzmienie gitar też jakoś nie tak bardzo odległe od ekipy Petersona. Hold On balansuje sprytnie pomiędzy hard rockiem (ciężkie riffy na wstępie i potem kilka razy w środku) a AOR-em. Dosłuchamy się tu i Deep Purple i Sunstorm czy Giant. Zmienia się obsługa mikrofonu, głos Rönninga brzmi inaczej niż Millsa, ale również pasuje do materiału. Kolejna zmiana wokalistów i mamy An Illusion, mało porywającą balladę z Säfsundem na wokalu. Samo nagranie nie jest jeszcze takie złe, rzekłbym że trzyma się poprawnych kanonów, ale sposób wyśpiewywania refrenów strasznie drażni moje uszy. Ścieżki bronią tylko partie klawiszy przed refrenami i gitarowe popisy Enevoldsena w solówkach. Jednak refren przyczynia się do tego, że prawdopodobnie przy kolejnych odsłuchach będę tę pozycję traktował "skipem". Nieco vanhalenowy wydaje się numer Jamie's In Love, gdzie tym razem zaśpiewał sam Enevoldsen. Nieźle się tego słucha, gitarki pogrywają dość radośnie, a melodykę kawałka podnoszą jeszcze gustownie dodane chórki rodem jak ze stadionowego rocka. Solówka bardzo charakterystyczna dla Torbena, odnoszę nawet wrażenie, że spora część jego szybszych popisów zawsze kręci się wokół tego samego tematu. Can't Make You Stay z Lysholmem za mikrofonem to kolejna ballada na płycie, kolejna mało porywająca. Taka trochę bezbarwna, ani smutna, ani wesoła, kojarząca się z jakimś rybakiem siedzącym na nadbrzeżnych skałach i myślącym o niebieskich migdałach. Zarzucić jej niczego nie mogę, po prostu do mnie nie trafia, choć może fani AOR-u będą nią zachyceni, nie wiem. Pewnego rodzaju perełką z tego wydawnictwa jest za to instrumentalne Mad Antenna, wypełnione w całości gitarowymi popisami Enevoldsena. Znajdą tu coś dla siebie sympatycy George'a Lyncha z czasów, gdy ów wiosłował w Dokken (cały wstępny riff utrzymany jest w takiej stylistyce), a także zagorzali maniacy gitarowego wymiatania. Ciężko mi znaleźć jakieś porównania do konkretnych wirtuozów tego instrumentu, bo Torben gra dość generycznie. W intrygującym Wait No More za mikrofon w chwale powraca Mills, ale śpiewa tu inaczej niż w pierwszym utworze z setu. Tutaj w ogóle cały klimat zmienia się diametralnie, robi się jakby bliższy nagraniom z kręgu ballad klasycznego hard rocka. Jest tu co nieco z Rainbow, znajdziemy też aranżacje klawiszowe rodem jak z Whitesnake. Coś wspaniałego. Mills odstępuje mikrofon Rönningowi w No Looking Back i znów formacja wraca do stylistyki AOR-owej. Kompozycja jest dość wolna, też mogłaby uchodzić za balladę, ale przy okazji bije na głowę dwie wcześniejsze, średnio udane pościelówy z pierwszej połowy wydawnictwa. Samo nagranie nosi znamiona stylu różnych zespołów, np. głos Geira momentami podchodzi pod barwę Stanleya z KISS, a bluesowe zagrywki Torbena z końcówki utworu mogą kojarzyć się z Gary Moorem. Just Wanna Be With You wydaje się klonować pomysły z Jamie's In Love, znów wysłyszmy Van Halen, ale i trochę naleciałości z Gianta. Lysholm spisuje się tu nadzwyczaj dobrze, umiejętnie łącząc style wokalne z pogranicza hard rocka, AOR-u i muzyki country. Dla odmiany Let Go to prawdziwa gratka dla fanów podszytego Purplami klasycznego hard rocka. Mikrofon powędrował w ręce samego Enevoldsena, który tutaj śpiewa trochę jak zaspany Kip Winger, ale pasuje to do tej kompozycji jak ulał, zwłaszcza że i niemal wingerowy klawisz pojawia się tu i ówdzie (kilka razy podobne motywy przewijały się na drugiej płycie Winger). Lecz są i klawisze dyskretnie stylizowane na Hammondy, no i gitarowe zagrywki jakby zapożyczone od Purpurowych. Zamknięciem tego dość ciekawego albumu jest Digging odśpiewane raz jeszcze przez Rönninga. Z jednej strony są tu pianinkowe klawisze jak ze starego kina, z drugiej mamy znów klimat z pogranicza hard rocka, country i AOR-u. W sumie, gdybym coś takiego usłyszał na którejś z płyt Gianta, wcale by mnie to nie zdziwiło.

Płyta, choć nie pozbawiona wpadek, jest co najmniej niezła i warto dać jej szansę. Sięgnąć po nią powinni przede wszystkim fani projektów czy supergrup skupiających różnych muzyków, ale i miłośnicy starego, dobrego, melodyjnego grania w stylu lat '80 też nie powinni być zawiedzeni. Dużo chwytliwych melodii, sporo udanych aranżacji i cholernie dobre brzmienie calości.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/acaciaavenuetheband

Guitarrizer
luty 2010