|
Skład: Jesús Espin - śpiew, chórki; Iván González - gitary, chórki; Francisco J. Cerezo - gitary, chórki; Mario Mallo - perkusja; Antonio M. Ruiz - gitara basowa; Daniel Morata - instrumenty klawiszowe, chórki
Produkcja: 91 Suite
Debiutancki krążek zasłużenie przyniół im sławę w AORowym środowisku. Była to jedna z najlepszych "lekkich i melodyjnych" płyt, które powstały w okolicach millenium i nie znam chyba nikogo, kto nie ceniłby wysoko tego wydawnictwa. Dzięki wspomnianemu sukcesowi 91 Suite podpisali kontrakt z nowym wydawcą zamieniając tym samym Vinny Records na Vicious Records. Było to spowodowane chęcią parcia do przodu i tym, że związany z nową wytwórnią JL Broc (późniejszy manager zespołu) entuzjastycznie odnosił się do zapowiadanych zmian.
Zespół pragnął spróbować czegoś nowego. Młodzieńcy z Hiszpanii mieli głowy pełne pomysłów i chcieli te plany za wszelką cenę wcielić w życie. Zmiany, jeżeli wierzyć udzielanym wywiadom, były podobno nieuniknione, a kapela chciała stworzyć album, któy będzie bardziej różnorodny. Cele może i były szczytne, ale efekt okazał się być mizerny. Zespół odszedł od tradycyjnego AORu, dzięki któremu odniósł sukces. 91 Suite nagrali płytę, która w bardzo niewielkim stopniu przypomina to, czego tak naprawdę oczekiwali oczarowani jedynką fani. Times They Change to eksperyment, Hiszpanie odrzucili AORową lekkość i melodyjność, zaostrzyli brzmienie, zmienili proporcje rockerów do ballad na rzecz tych drugich i po drodze stracili gdzieś pomysł na ciekawą grę. Zmiana stylu nie jest tutaj największym problemem. Dobrze, gdy kapele co jakiś czas ewoluują. Pierwszy numerek na płycie jest bardzo obiecujący i za każdym razem, gdy go słyszę, aż żal mnie ściska. Jak można było zmarnować tyle potencjału? Takie granie, taki nowy styl mógłby się przyjąć, wystarczyło zrobić to lepiej. Podoba mi się brzmienie, które cechuje ten kawałek i zachwycają mnie mocne, zdecydowane wejścia gitar. Szkoda tylko, że refren mógłby być lepszy. No ale nie jest źle i może to stanowić dowód na to, że nowy wizerunek Hiszpanów miał szansę odnieść sukces. Do plusów krążka zalicza się również ładna balladka Far Away, która kojarzy mi się z Firehouse i dzieje się tak za sprawą wokalisty, który świadomie bądź nie, kopiuje styl śpiewania CJ Snare'a. Niektórym osobom podoba się kawałek zatytułowany I Wanna Be In Love, ale mnie osobiście on nie rusza. Numer tytułowy nie licząc fajnej sekcji rytmicznej (całkiem niezłej zresztą) nie wyróżnia się absolutnie niczym i brakuje mu przede wszystkim odrobiny przebojowości. Hopes And Dreams to znośny, spokojniejszy numer i wypada troche lepiej niż reszta zapełniaczy na płycie. Podobać się mogą Wings Of Fire czy też pogodne Hopes And Dreams, szkoda że nie ma tu więcej takich kompozycji, nie są to jednak killery na miarę tego, czym naszpikowany był po brzegi debiut formacji. Na całym krążku brakuje typowych dla zespołu chórków, oni to przecież kiedyś potrafili. Najgorsze jest chyba to, że płyta jako całość przypomina bezmyślną papkę. Numery (wbrew zapowiedziom zespołu) są do siebie bliźniaczo podobne i ciężko jest odróżnić jeden od drugiego. Odrobinę oryginalności ma w sobie jeszcze Every Day Goes By (gdyż brzmi inaczej niż reszta płyty). Nie oznacza to oczywiście, że jest to dobra kompozycja. Gdybym miał ochotę na takie granie, to pewnie słuchałbym The Strokes, a jak wiadomo jest to już inna bajka. Z konieczności i zarazem "ku przestrodze" wspomnę jeszcze o beznadziejnie cukierkowej balladzie - Stand By You. Ileż to razy każdy z nas słyszał tę kompozycję? Jeżeli przypomnieć sobie jak grała ta kapela jeszcze 3 lata temu, tytuł ostatniego kawałka na płycie - Remember The Good Times nabiera dość ironicznego wyrazu. Ciekawe czy zespół przypomni sobie jak wyglądały kiedyś jego dobre czasy? 91 Suite pretendowało do miana płyty roku, Times They Change może również pochwalić się walką o wysokie pozycje, tylko że w mniej prestiżowej kategorii, a mianowicie "rozczarowanie roku". Smutne to trochę.
Szczerze mówiąc, płyta tak bardzo mnie zawiodła, że słucham jej jedynie pod przymusem. Zespół chciał zabawić się w naśladowanie skądinąd genialnego Harem Scarem (wskazuje na to praca gitar), ale zrobił to tak nieudolnie, tak bez pomysłu, że przyrównywanie tej płyty do legendarnego Mood Swings Kanadyjczyków zakrawa na kpinę i jest wyraźnym sygnałem na kompletny brak gustu, bądź też na złe intencje. Fragmenty płyty można pewnie z czasem polubić, gdzieś tak po 20 przesłuchaniach. Po co się jednak męczyć? Dookoła jest tak wiele dobrej muzyki.
Oficjalna strona zespołu: http://91suite.es
Guciomir maj 2008
|