|
Scream For Me Poland! czyli Mystic Festival 2003,
28.11. 2003, Wrocław - Hala Ludowa
Prolog: To co każdy fan Heavy Metalu lubi najbardziej czyli Mystic Festival.
To już czwarta edycja Mystic Festival. Z roku na rok panowie z Mystic Production starają się coraz bardziej. Zaczynający z początku skromnie festiwal (październik 1999, Kraków - Hala Wisły, gwiazda Emperor), przyciągał póżniej coraz więcej zainteresowanych, zwłaszcza że zbierał bardzo pozytywne opinie. Po zeszłorocznym prawdziwym święcie Heavy Metalu (październik 2002, Katowice - Spodek, zagrali: Kreator, Satyricon, Gamma Ray, Sinister, Sinergy, Nile i inni) spodziewałam się czegoś na prawdę wielkiego. W tym roku to jednak nie był festiwal tylko koncert w zasadzie jednej kapeli. Ale czy przy takiej gwieździe mogło być inaczej?
Part I: Live is Brutal czyli organizacja.
Miałam tę niezwykłą przyjemność gościć na wszystkich Mysticach. Pierwsze wrażenia z każdego z koncertów to cudowna atmosfera i bardzo dobra organizacja. W tym roku zostałam niemile zaskoczona.Wiadomo, na tego typu imprezach nie można uniknąć tłoku, ale dlaczego na ładnych parę tysięcy ludzi zostały otwarte tylko dwa wejścia? Zostaliśmy dosłownie wciśnięci przez nie do środka. Osoby, którym odmówiono wstępu, były wypuszczane tymi samymi drzwiami co wchodzący, co powodowało jeszcze większe zamięszanie. Poza tym nie było osobnego wejścia dla osób niepełnosprawnych (jak to w ogóle możliwe?!), więc pan na wózku i jeszcze jeden nieszczęśnik o kulach też musieli stać w tym tłoku. Do tego ogólne chamstwo ochroniarzy (nie zapłacono im czy jak?) i płatne toalety (na co te bilety takie drogie?). Trzy razy się zastanowię, zanim wybiorę się na kolejny taki koncert...
Part II: Gość niespecjalny czyli Frontside.
Przyznam się szczerze, że nie znam za dobrze twórczości Frontside, ale na żywo zabrzmieli trochę jak nieudolny Slayer z hardcoreowymi wstawkami. Mimo usilnych starań wokalisty (swoją drogą bardzo irytujący koleś...) nie udało im się rozkręcić publiczności za wyjątkiem paru osób (pewnie rodzina). Wiadomo, nie dla nich te tłumy przybyły. Cóż, można się było bardziej postarać z doborem gościa specjalnego...
Part III: "Niech się walą wszyscy święci, mnie tylko metal kręci" czyli Kat.
Cóż tu wiele pisać. Kat to klasa sama w sobie. Aż trudno uwierzyć, że ci panowie mają siwe włosy i tyle pary w sobie! Zagrali to, co każdy ich wielbiciel chciałby usłyszeć: Diabelski Dom, Czas Zemsty, Wyrocznia, Łza
Dla Cieniów Minionych, Purpurowe Gody, Maxsex itd. Cała hala szalała. Czternastoletnie dzieciaki zapuszczające włosy i ich 40-letni ojcowie, którzy już dawno je ścięli. Przez chwilę miałam wrażenie, że to oni są gwiazdą wieczoru. Potęga Kata nadal działa! Kostrzewski nic się nie zmienił, nadal głupio gada (patrz wierszyk), a muzyka nic nie straciła na swej mocy. Było satanistycznie i ślicznie! Życzę im kolejnych stu lat na scenie!
Part IV (Finał): Jaka jest Żelazna Dziewica każdy widzi czyli Iron Maiden
Są takie kapele, których każdy koncert gwarantuje zabawę i niewątpliwie Iron Maiden do nich należy. Oni zawsze zbiorą komplet widowni (są już drugi raz w ciągu roku i sami widzicie), bo dla każdego fana Heavy Metalu to uczta nie lada! Zaczęli od nowej płyty. Wildest Dreams naturalnie, utwór idealny na początek imprezy. Następnie posypały się Żelazne klasyki The Wicker Man, Can I Play With Madness, potem znów nowa płytka i Dance Of Death oraz No More Lies, dalej Brave New World, a nawet Lord Of The Flies z płyty The X Factor... Oczywiście nie zabrakło scenicznego show czyli Dickinsona biegającego to z flagą Wielkiej Brytanii, to przebranego za żołnierza lub robiącego wygibasy na rusztowaniach, Eddiego dokazującego z Gersem i gigantycznego Edwarda - Kostuchy, który pokazywał na wszystkich kościstym palcem przy słowach: "Iron Maiden gonna get You, no matter how You far..." (kicz? ale jakie wrażenie robi na żywca!), a także zabawy z publicznością. Nawet ci, dla których na co dzień wątpliwy jest geniusz Maidenów na koncercie, wyśpiewują na całe gardło Fear Of The Dark, The Number Of The Beast czy Run To The Hills. Tak, Ironi są geniuszami w robieniu show! Mimo iż mają swoje lata (łączny wiek muzyków to chyba z tysiąc lat...) i zagrali po raz milionowy Hallowed Be Thy Name, nadal widać, że to ich bawi i sprawia radość i to oczywiście udziela się publiczności. Skład wzmocniony o trzecią gitarę daje nawet tym najstarszym kawałkom jak Wrathchild nowy wymiar, dzięki czemu nadal brzmią świetnie. Ogólnie wrażenia na 5 z plusem! Dostałam zastrzyk pozytywnej energii, który, mam nadzieję, starczy mi do następnej ich wizyty (może jeszcze w tym roku? he, he...).
Yngwie
|